Jeśli przyjrzeć się polskiej beletrystyce podróżniczej z ostatnich lat, a nawet dziesięcioleci, nietrudno zauważyć, że największym zainteresowaniem naszych rodzimych prozaików cieszy się Afryka. Pisał już o niej u progu XX wieku Henryk Sienkiewicz, który, szukając ucieczki od obrzydłej codzienności, wyruszył tam na wyprawę myśliwską, zrelacjonowaną w cyklu korespondencji. Przeszło 30 lat później na pieszą i rowerową przeprawę przez Czarny Ląd porwał się Kazimierz Nowak. Jego zapiski z podróży nazywane są dzisiaj klasyką reportażu. Co więcej – Afryka zajmuje szczególne miejsce w pisarstwie Ryszarda Kapuścińskiego, który trawiącym ją problemom poświęcił w swoich książkach setki stron. Dla wielu galeria najciekawszych postaci polskiej literatury piszących o Afryce zamyka się w tych trzech nazwiskach. Jak się okazuje, na honorowe miejsce w tym gronie zasługuje ktoś jeszcze: Marcin Kydryński. Ten ceniony dziennikarz radiowy dał dowód swojego pisarskiego talentu w postaci pięknej relacji z podróży zatytułowanej „Chwila przed zmierzchem”. Książka, wydana przed piętnastoma laty, jest dziś prawdziwym wydawniczym rarytasem.
Historia Kydryńskiego miała swój początek w dziecięcym marzeniu o wycieczce na Przylądek Dobrej Nadziei. Kiedy rodzice powiesili nad jego łóżkiem mapę świata, mały Marcin, czytający już bez kłopotu, uznał, że nie istnieje na ziemi miejsce, które potrafi przyciągnąć równie silnie samą magią i urodą swej nazwy. Opowieści ojca o bujnej zieleni i egzotycznych zwierzętach, zachłannie pochłaniane książki o wędrówkach po afrykańskim kontynencie czy w końcu fotograficzne relacje z dalekich wojaży sprawiły, że z czasem to zrodzone w głowie trzylatka pragnienie tylko nabrało na sile. W 1993 roku Kydryński postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i zrealizować wieloletnie marzenie. W grudniu, w towarzystwie czwórki przyjaciół, wylądował na lotnisku w Kairze. Tak rozpoczęła się jego półroczna podróż przez pustynne równiny, dzikie, wyschnięte stepy, gęste, niebezpieczne dżungle i tropikalne lasy deszczowe…
Gatunkowe zaklasyfikowanie książki Kydryńskiego nastręcza pewnych trudności. „Chwila przed zmierzchem” to zbiór kilkunastu obrazków, często luźno ze sobą powiązanych. Niekiedy przybierają one formę dziennika; innym razem jawią się jako reportaż, esej, szkic historyczno-polityczny, a nawet przewodnik turystyczny. Znajdziemy tu zatem zarówno barwne, plastyczne opisy, przybliżające czytelnikowi urodę afrykańskiej ziemi, jak i globtroterskie porady i wskazówki; historiozoficzne ustępy niezbędne do zrozumienia kontekstu; czy – w końcu – filozoficzne refleksje i obszerne diagnozy na przyszłość, która w Afryce zdaje się ideą po tysiąckroć bardziej abstrakcyjną niż na naszej szerokości geograficznej.
„Chwila przed zmierzchem” układa się w pasjonującą opowieść o dorastaniu, doskonale realizując literacki topos drogi, jak również romantyczną koncepcję istoty „stającej się”. Podczas wielomiesięcznej podróży Kydryńskiemu objawia się nowa perspektywa, pomagająca zrozumieć, co jest ważne, a co mniej. Spotkani w różnych zakątkach kontynentu ludzie stają się dla niego nauczycielami życia, otwierającymi oczy na nowe prawdy i przestrzenie postrzegania. I tak: Vera, studentka historii sztuki z Kolonii, uświadamia mu, że człowiek jest panem swojego losu, a umiłowanie zbytku nie przybliży nikogo do zrozumienia istoty rzeczy; Romek, wieczny wędrownik, uczy go, że nie należy przywiązywać się do przedmiotów, bo wszystko, co ważne, trzeba nosić w sobie; a Andrew Wilson, Kanadyjczyk rozmiłowany w ryzykownych podróżach – że pragnienie utrwalenia chwili to kotwica, która więzi szczęście. Prawdziwą skarbnicą życiowej mądrości jest też dla dziennikarza „Pożegnanie z Afryką”, autobiograficzna powieść Karen Blixen, która uświadcza go w przekonaniu, że wtedy tylko możemy w pełni cieszyć się chwilą, kiedy przestaniemy być więźniami własnej radości życia.
Książka Kydryńskiego nie odznacza się stylistyczną jednorodnością. Czynnikiem warunkującym język poszczególnych fragmentów zdaje się tutaj nastrój autora; jego stan ducha towarzyszący przywoływaniu różnorakich, bywa, że koszmarnych wspomnień. Kydryński wspominający soczystą zieleń lasów tropikalnych, rozczulony widokiem fotografii zachodzącego nad oceanem słońca przypomina poetę, odmalowującego piękno krajobrazu z nieuniknioną emfazą. Powrót pamięcią do poruszających obrazów chorych dzieci, ich umierających rodziców, brudnych szpitali zbliżonych standardem do XVI-wiecznych europejskich placówek leczniczych czy wszechobecnej nędzy zmienia go – z kolei – w naturalistę, niestroniącego od turpistycznych opisów, portretującego rzeczywistość z niezmienną dbałością o jak najwierniejsze oddanie detalu, jakkolwiek byłby on drastyczny i odrażający. Naruszenia ciągłości rejestru stylistycznego nie uznałbym, mimo wszystko, za zarzut. Ta językowa „nierówność” czyni „Chwilę przed zmierzchem” nie tylko różnorodną, ale przede wszystkim autentyczną emocjonalnie.
Kydryński, jako narrator, a zarazem główny bohater książki, wydaje się bardzo ludzki. Dziennikarz nie kreuje się na Indianę Jonesa, hardego podróżnika i odkrywcę, któremu żadne niebezpieczeństwo niestraszne. Przeciwnie – o swoich lękach i zwątpieniach opowiada otwarcie i często, dając wyraz swojej olbrzymiej wrażliwości. Ta uczciwość wobec czytelnika, nieprzymuszone przyznanie się do własnych słabości wiele mówią o jego poszanowaniu dla prawdy i reporterskich kanonów rzetelności. Kydryńskiego nie interesują plotki, wyssane z palca rewelacje. Faktograficzna precyzja i bezkompromisowe dążenie do pełnego ujawnienia prawdy historycznej każe mu wręcz podać w wątpliwość słowa własnego mentora Ryszarda Kapuścińskiego, którego Etiopczycy uznają za kłamcę i wroga. „Powiadali [etiopscy rastamanie] (…), że w żaden sposób nie mógł Kapuściński spotkać się z osobami, które wymienia w swej książce jako informatorów, wszyscy bowiem byli już albo martwi, albo uwięzieni” – pisze dziennikarz. Jego dzieło wchodzi tym samym w dyskurs z „Cesarzem”, dając niezbity dowód na to, że literatura faktu nie zawsze jest wolna od konfabulacji.
Pomimo różnic Kydryński i Kapuściński mają podobne spojrzenie na historię Afryki: przybiera ona dla nich kształt krwawego kręgu. „Czasem sądzę, że nie będzie tam jutra” – możemy przeczytać we wstępie do „Chwili przed zmierzchem”. To zdanie jest dla mnie najkrótszym streszczeniem ponurej prognozy na przyszłość, którą autor stawia na kartach tej książki wielokrotnie. Geograficznie Czarny Ląd zdaje mu się rajem na ziemi, cudem natury, arcydziełem tak dalece doskonałym, że próba ujęcia w słowa jego magii wydaje się niczym więcej, jak tylko próżnym wysiłkiem. Niemniej – Afryka to nie tylko piękno krajobrazu; to przede wszystkim wojna, głód, epidemie i bezbrzeżna nędza. Niewielu dożyje tam sędziwego wieku. Jeśli nie wykończy ich AIDS, umrą z niedożywienia. Jeśli szczęśliwie nie zabraknie im strawy, zginą w krwawych plemiennych walkach. Kydryński nie widzi nadziei na lepsze jutro, jego słowa brzmią jak przepowiednia tragicznego końca Afryki. Jak w Szekspirowskim „Tytusie Andronikusie” – „nikt nie wyjdzie żywy” – mówi.
Nie ma w jego pesymizmie nic z przesady, nieuzasadnionego czarnowidztwa. Gdyby „Chwilę przed zmierzchem” ukrócić o wszelkie autorskie komentarze, pozostawiając wyłącznie zaprezentowaną przez Kydryńskiego warstwę faktograficzną, czytelnik sam dojdzie do podobnych, defetystycznych wniosków. Afryka dąży ku samozagładzie. Największą autodestrukcyjną siłę stanowią jej mieszkańcy, niezdolni do sprawowania mądrych rządów, ślepo wierzący w absurdalne zabobony, które każą im porywać i mordować białe niemowlęta czy też polować na najrzadsze gatunki zwierząt, aby zapewnić sobie przychylność bogów. Aby dociec tej gorzkiej prawdy, Czarny Ląd trzeba oglądać z bliska – nie z okien opancerzonego turystycznego autobusu, a tym bardziej w telewizji. We współczesnym, liberalnym świecie, gdzie przeciwników równouprawnienia, jako mało postępowych, przestaje się traktować poważnie, wiedza o Afryce jest znikoma. Telewizja i prasa wychowują odbiorców w ignorancji, wykazując tendencję do upraszczania spraw, wyciągania pochopnych wniosków czy formułowania prawd opartych na niepełnych informacjach. Potępiamy kolonializm oraz wszelkie próby wprowadzenia białej dominacji, bo tego uczą nas media, które, co udowadnia Kydryński, nie zawsze powinny być dla nas nieomylną wyrocznią. W Afryce – na kontynencie, który wygrał prawo do samostanowienia – każdego dnia rozgrywają się sceny dantejskie. W ciągu 17 lat rządów Mengistu Hajle Mariama w Etiopii umarło z głodu ponad milion osób. W 1994 r. w czasie trwającej w Ruandzie wojny tylko w trzy pierwsze miesiące walk zginęło 500 000 cywilów. Kto opowiada się za ideą Afryki wyłącznie dla Afrykanów, ten – jak pisze Kydryński – „nie widzi zazwyczaj płonących opon na zwłokach Zulusów, po kolejnym starciu z wojownikami Khosa. (…) Nie ogląda zmasakrowanych szczątków białych dzieci, których oczy, wątroby i serca służą czarnym szamanom do przyrządzania magicznych wywarów. (…) Każdy, kto chce mówić głośno o (…) Afryce, musi przylecieć do Kinszasy, miasta bez prawa, bez rządu, bez zasad, bez szans. (…) Niech zobaczy Addis Abebę, wielki, gnijący slums, w którym ostatnia konstruktywna praca dokonała się za czasów Hajle Sellasje. Niech odwiedzi Ruandę i Burundi, torując sobie drogę przez zwały niepogrzebanych, okrutnie zmasakrowanych ciał. (…) Niech trafi do afrykańskiego szpitala”.
Nie tylko podróż do Afryki, lecz również książka Kydryńskiego objawia nową perspektywę. W „Chwili przed zmierzchem” znalazło się miejsce na zachwyt nad pięknem egzotycznej przyrody, a równocześnie – na ponure refleksje, zwiastujące tragiczny koniec Czarnego Lądu. Być może w tym właśnie tkwi największa wartość tego dzieła – Kydryński odmalowuje Afrykę w całej jej różnorodności, z fotograficzną niemal dokładnością, dowodząc, że to kontynent pełen sprzeczności, na którym, jak w malarskiej technice sfumato, jasne i ciemne płaszczyzny pozostają ze sobą w bezpośredniej bliskości; przechodzą z jednych w drugie…




No to ja też będę miał dziś niejednorodny komentarz. Pewnie bardziej będzie to nieskładny zbiorek kilku nasuwających się refleksji.
1. Przede wszystkim to stwierdzenie: “pragnienie utrwalenia chwili to kotwica, która więzi szczęście” – teraz już rozumiem skąd w tekstach Marcina tak wiele odniesień do tego, by starać się do głębi przeżyć każdą chwilę, by wejść w nasze “teraz i tu”, skąd tyle zachwytu drobnym szczęściem, co przychodzi “nagle i w przebraniu, które znasz”…
Wyjątkowo bliski jest mi ten rodzaj myślenia i postrzegania świata…
2. “Pożegnanie z Afryką” od kilku miesięcy kusi mnie już z regału, ale wciąż tyle innych pozycji wpada mi w ręce, że jakoś nie mogę się zabrać za lekturę baronowej Blixen. Twój post to kolejna mała zachęta…
3. Wątek z Kapuścińskim szczególnie interesująco wybrzmiewa przy okazji ostatniej publikacji Domosławskiego “Kapuściński non-fiction”. W tej kwestii wolę jednak zamilknąć.
4. Jak zwykle pięknie piszesz! Dlatego: pisz częściej!
Pozdrawiam!
piękny cytat z pięknej książki:
“Prawdę mówiąc od pierwszej mojej wyprawy do północnej Afryki mam pewną słabość do małych Arabek. rCzarodziejkir0;r30; – powiedział o nich Adam rano przy promie, kiedy dziewczynka może dwunastoletnia, z figlarnie opartą na biodrze ręką patrzyła na niego z żarem, przed którym nie ma ucieczki. To dobre słowo, czarodziejki. W Dajr al-Madinie odnalazłem wśród oblepiających mnie dzieci takie śliczne małe zwierzątka. Miałem w portfelu kilka banknotów. Może trzy funty. W hotelu dwudziestopięciofuntówki. Je uszczęśliwia funt, nawet dwadzieścia pięć piastrów. Przychodziły mi do głowy myśli występne, że za dwudziestkę mógłbym taką pachnącą miodem, śniadą dziewczynkę wziąć do swojego hotelu i pieścić przez wiele godzin. Świństwo, ale potworną miałem na to wówczas ochotę.” (s. 20)
rzygam
a recenzja jest tak rasistowska jak książka kydryńskiego
Doprawdy nie widzę w niej nic rasistowskiego. To cała prawda o Afryce, podobny obraz wyłania się z innych książek o Czarnym Lądzie, choćby z “Afrykańskiej odysei” Klausa Brinkbäumera. Znam też człowieka, który stamtąd uciekł. Jego wspomnienia są jeszcze potworniejsze niż te, które w “Chwili przed zmierzchem” przywołuje Kydryński. Jeśli próbę odmalowania afrykańskiej codzienności uważasz za rasizm – to owszem, moją recenzję można by uznać za rasistowską.
to jest codzienność widziana oczyma białego człowieka,a jednak biali ludzie wywożąc Afrykańczyków na statkach jak zwierzęta rozpoczęli dewastację tego pięknego kontynentu,to co się tam dzieje obecnie jest skutkiem kolonizacji a nie emancypacji
słyszał pan o kongo?na początku XX wieku dla kauczuku krol belgów lepold wymordował tam od 5 do 20 milionów ludzi dla kauczuku
belgia rozwinęła się na afrykańskiej krwi a tam do dziś jest to temat tabu…
przyrównywanie afrykańskich kobiet,które z głodu oddają się prostytucji do zwierząt,w kontekście sytuacji tego kontynentu jest?nie wiem jak to nazwać bo rasizm wydaje mi się zbyt słabym słowem
do tego głód w afryce w ostatnim czasie zwiększył się dzieki programom dostosowania strukturalnego które bogata “północ” wymusiła na “południu”
wcześniej czerpiąc nieprawdopodobne zyski z kolonizacji
słyszał pan kiedyś o myśli postkolonialnej?
pozdrawiam
@marcin drązyk
czy jak nazwę Pana bystrym polskim zwierzątkiem co to potrafi składać zdania nazwie Pan to czymś obraźliwym? Pewnie lepiej niż użyć określenia “polnische Schweine”. Więc umówmy się, że nie będzie Pan mylił poglądów z ignorancją. Jeśli wymieni Pan z pamięci 3 państwa afrykańskie (dowolne), wymieni ich stolice, powie jakie główne grupy językowe i etniczne są w owych państwach dominujące to może Pan komentować teksty o Afryce. Nie wiem czy Pan wie ale obyczaj obcinania rąk to zwyczaj plemienia Belgów, którzy zawieźli ten obyczaj na obszar Konga, była to forma represji.
Jak rozumiem określanie 12 letnich dziewczynek “zwierzątkami” i snucie fantazji seksualnych na ich temat jest dla Pana czymś normalnym, mam dla Pana złą wiadomość, poza tym, że jest to dla mnie niewyobrażalne, to w tym kraju podpada to pod paragraf propagowania pedofilii.
Podsumowując krótko dopóki pan nie zrozumie, ze samo użycie kategorii “afrykanin” na określenie mieszkańca kontynentu kilkukrotnie większego od Europy jest rasistowskim nieporozumieniem proszę nie pisać recenzji o ksiązkach dotyczących Afryki.
Poniżej link do tekstu, proszę aby przeczytał go Pan ze zrozumieniem a następnie proszę o ustosunkowanie się do treści:
http://autoportret.pl/2010/07/29/jak-pisac-o-afryce/
To zwyczajnie niesamowite, że do opisu kultury z dalekiego, olbrzymiego w porównaniu z Europą kontynentu, posługuje się Pan, w ślad za autorem książki, systemem pojęć i odniesień dotyczących kultury rodzimej, europejskiej, zanim jednak zacznę używać słowa ignorancja, chciałbym coś z Panem skonsultować. Czy uważa Pan że można do opisu zjawisk przyrody używać nut? Tak jak n.p. do opisu kultury ludzi, zamieszkujących teren Afryki zwany dziś Kongiem, używać języka burszackiego albo Euskery? /zapewne, ale jaką wartość będzie taki opis przedstawiał?/ Czy wierzy Pan w to że sytuację kobiet zamieszkujących ten teren da się opisać za pomącą porównania ich do jakichkolwiek zwierząt? /czy próba dostrzeżenia w tych ludziach zwierząt ma nam coś wyjaśnić?/ Czy na prawdę uważa Pan że jest w jakikolwiek sposób uprawniony do używania terminu “Cała prawda o Afryce” ? Jeśli by tak miało być, to zapewne urodziłby się Pan w Afryce i to zarówno na wschodzie jak i na zachodzie, zarówno na północy, w części centralnej jaki i na południu, na wybrzeżu i w głębi lądu i co za tym by szło pańska skóra byłaby czarna. Tak bardzo różne są sytuacje ludzi zamieszkujących te obszary że nie jest możliwe zlanie tego w żaden monolit, nie jest bez utraty tego wszystkiego co ma tam miejsce, uogólnienia i uproszczenia prowadzą nie tylko do utraty ostrości widzenia ale do całkowitego zamazania obrazu, obrazu Afryki kolonialnej a w zasadzie post-kolonialnej, ze sztucznie wytyczonymi podziałami, gdzie powołano do życia 48 państw! a każde z nich “niepodległe”! Państwa te powstały na całej masie etno-kulturalnych grup i nacji, mających różne historyczne tradycje a sztucznie stworzone granice które wytworzyły wieloetniczne państwa, porozcinały istniejące grupy, etniczności, państwa, królestwa i imperia. Państwa narodowe to wymysł europejski, Szanowny Panie, próba zaszczepienia ich na gruncie afrykańskim spowodowała całą masę konfliktów, wykluczeń i śmierci. Jeżeli więc podejmuje się Pan pisania o Afryce to przyjąć należy że jest Pan całego tła świadomy a więc i jest Pan zaznajomiony ze współczesną myślą post-kolonialną oraz rasistowską (nierozerwalne połączenie), jeżeli jednak jest inaczej, to z całym szacunkiem ale wiedza o “całej prawdzie”, o “prawdzie” a nawet o “jakiejkolwiek prawdzie” na temat Afryki, nie należy do Pana, ani też do autora książki. Szanowny Panie, wierzę, że być może na początku nie jest łatwo to zobaczyć, gdy do myślenia i opisu odległego lądu używa się systemów pojęć i siatki znaczeń rodem z kolonialnej Europy. te same filtry które niezbędne są do tego by opisać sytuacje wzdłuż znanych sobie podziałów i wartości powodują że nie jest się w stanie zobaczyć jak wygląda sytuacja bez nich, co za tym idzie, to co nazywa Pan “afrykańską codziennością” jest u swej podstawy spojrzeniem kolonialnym a także rasistowskim, jest to jedynie “afrykańska codzienność widziana przez skolonizowany umysł białego europejczyka”. Zapewne uważa Pan inaczej, i zapewne zaczął się Pan już zaznajamiać ze wspominaną myślą postkolonialną. Życzę owocnej lektury, jeżących włos na głowie przemyśleń oraz zwyczajnie, powodzenia. Pozdrawiam
Ech, że Kydryński ślini się obleśnie na myśl o dwunastoletnich, ślicznych małych zwierzątkach – trudno, pedofile byli, są i będą. Dziwne, ale też do zrozumienia, że pisze o tym otwarcie w swojej książce. Coraz bardziej dziwne, że przeczytał to ktoś w redakcji i mimo wszystko zdecydował na druk. A już zupełnie niezrozumiałe jest to, że zachwyca się tym autor bloga ([Kydryński] o swoich lękach i zwątpieniach opowiada otwarcie i często, dając wyraz swojej olbrzymiej wrażliwości.).
I racje ma jeden z komentatorów, uważający, że recenzja jest równie obrzydliwa, co książka której dotyczy.
Ihadadream: Tak, najłatwiej winą o wszelkie problemy Afryki obwinić kolonializm i niewolnictwo. Nie twierdzę, że ekspansja kolonialna miała zbawienny wpływ na afrykańskie (i nie tylko) państwa; nie zgodzę się też jednak, że wszystko złe, co dzieje się na Czarnym Lądzie, można uznać za jej ciemną spuściznę. Rządy kolonialne w Afryce trwały relatywnie krótko, bo tylko przez około pół wieku. Zachodnie instytucje nie zdążyły zapuścić tam korzeni, na co dowodem może być fakt, że po ustąpieniu Europejczyków wiele krajów, zwłaszcza Afryki subsaharyjskiej, powróciło do pewnej formy plemiennego barbarzyństwa. Nie przeceniałbym wpływu Zachodu na obecny kształt kontynentu. Kolonializm ma w końcu swoje dobre i złe skutki. Tak, dziesiątkowaliśmy Afrykanów (choć to nie reguła; są rejony, gdzie ekspansja miała wymiar dość „pokojowy”) i przywłaszczaliśmy sobie na własność ich bogactwa naturalne, ale też przyczyniliśmy się do rozwoju infrastruktury, oświaty i – co chyba najważniejsze – systemu ochrony zdrowia. Z innej beczki: to my znieśliśmy też w XIX wieku indyjski zwyczaj sati, odwoławszy się do uniwersalnego pojęcia praw człowieka. Może mój pogląd nie jest zbyt popularny, ale sądzę, że z europejskim kapitałem i innowacjami technologicznymi Afryka mogłaby podnieść się z upadku. Szczególnie że współczesne, prężnie funkcjonujące fundacje na rzecz ochrony praw człowieka i międzynarodowa opinia publiczna nie pozwoliłyby, żeby okrucieństwa ery kolonializmu zdarzyły się raz jeszcze.
Tak, słyszałem o Kongo, ale to raczej niezbyt fortunny przykład na potwierdzenie Pana tezy. Masakry dokonywane na kongijskiej ludności nie mogą być uznane za modelową kolonizację. Wiele mówiąca jest już reakcja innych kolonizatorów, którzy w surowych słowach gromili Leopolda II, a w końcu, z powodu barbarzyńskich metod, jakimi zarządzał państwem, zdecydowali się mu je odebrać.
Kydryński stosuje zabieg animalizacji, zgadza się, ale – w moim mniemaniu – przykładacie Państwo do tego zbyt wielką wagę. Ta figura stylistyczna (bądź, co bądź niezwykle w literaturze popularna) implikuje upodlenie, upadek dobrych obyczajów, degrengoladę, a jak inaczej określimy prostytucję? Silnie rozwinięte poczucie etyki i przywiązanie do norm aksjologicznych jest tym, co różni człowieka od zwierząt – stąd moralnych zwyrodnialców, ludzi o wykoślawionym i wypaczonym systemie etycznym często się do nich przyrównuje. W tym kontekście uzasadnione wydaje się stworzenie analogii między postępowaniem niektórych Afrykanów a światem zwierzęcym. Animalizacja jest dzisiaj zresztą zabiegiem powszechnym. Weźmy pierwszy przykład z brzegu – popularne słowo „bydlak”, określające człowieka o zdefasonowanej moralności, wywodzi się z nomenklatury zoologicznej.
Co do myśli postkolonialnej i tzw. colonial aftermath – jeszcze raz odsyłam do książki „Afrykańska odyseja”, reportażu, w którym Afrykę poznajemy oczami Afrykanina, marzącego o ucieczce do Europy. W jego oczach Czarny Ląd to kontynent sprzeczności. Ekspansja kolonialna trwała zbyt krótko, by ideały wolności mogły zostać na nim trwale zaszczepione. W konsekwencji w niektórych rejonach powróciły brutalne rządy plemienne, w innych zaś – pojawiły się równie wypaczone autorytaryzmy, wzorowane na XX-wiecznych produktach myśli europejskiej, którymi zachłysnęli się afrykańscy przywódcy. Wniosek nasuwa się sam: z Afryką nie było dobrze przed erą podbojów kolonialnych i nie jest też dobrze teraz. Choć ludzie pamiętający okrucieństwa kolonializmu cieszą się, że mają je już za sobą, młodzi coraz częściej opowiadają się za europejską „interwencją” w sprawy Czarnego Lądu, widząc w niej szansę na skorzystanie przez Afrykę z dobrodziejstw Zachodu. Wywalczone prawo do samostanowienia postrzegają dzisiaj zgoła inaczej niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu.
@fronesis: Pana/Pani geograficzny „test” zdałbym na piątkę. Poza tym – nie widzę nic złego w użyciu kategorii „Afrykanin”. Chce Pan/Pani czy nie, ale nie ma w niej emocjonalnego nasycenia, właśnie tak określamy mieszkańca Afryki – i już.
Tekst przeczytałem, dziękuję za link. To dość przewrotna satyra na literaturę o Afryce, w wielu przypadkach niezmiernie tendencyjną. Nie należy jednak zapominać, że jeśli chcemy odmalować afrykańską codzienność w całej jej złożoności i z całą dokładnością, pewnych spraw nie da się pominąć. Sztuka polega na właściwym rozłożeniu akcentów i wzniesieniu się ponad stereotypy; patrzeniu na Afrykę bez intelektualnego bagażu. Kydryńskiemu się to udaje, raz lepiej, raz gorzej. Przywołuje obiektywne historyczne fakty, pozwalające zrozumieć kontekst, przeplata je z własnymi obserwacjami, a następnie formułuje wnioski, wyzbyte nieznośnej nachalności. W jego książce ważne (jeśli nie najważniejsze) jest spotkanie z drugim człowiekiem, dlatego to jemu często oddaje głos.
Niestety zdarza się, że Afrykanie są żywym dowodem na słuszność narosłych wokół nich stereotypów – jak choćby tego o zabobonnej naturze, co potwierdza fakt wybicia przez nich niezwykle rzadkich goryli górskich, zamieszkujących jeden z rezerwatów przyrody (wybito je tylko dlatego, że zdaniem szamana to one stały za wszelkimi klęskami dotykającymi osiadłą w pobliżu rezerwatu społeczność). Nie wiem, czy czytał Pan/Pani „Chwilę przed zmierzchem”. W pewnych punktach relacja Kydryńskiego zdaje się dobitnie tendencyjna, ale wiele fragmentów mogłoby Pana/Panią pozytywnie zadziwić. Pomijając cytat o „czarodziejkach-zwierzątkach”, Afrykanie są dla dziennikarza nade wszystko ludźmi, w niczym nieustępującymi Europejczykom (co może się Państwu nie mieścić w głowie).
Snucia fantazji z 12-letnimi dziewczynkami w roli głównej nie uważam za rzecz normalną. Martwi mnie tylko, że uczepiliście się Państwo tego fragmentu jak rzep psiego ogona, nie znając całości książki. Nie zamierzam zresztą tłumaczyć autora, bo sam po przeczytaniu tego ustępu miałem ambiwalentne odczucia, ale – powiedzmy – potrafię go zrozumieć. Państwo być może też by go zrozumieli, ale, niestety, brak nam podstaw do dyskusji, jeśli cała Państwa wiedza o „Chwili przed zmierzchem” pochodzi z internetu.
@babilas: w którym momencie zachwycam się występnymi myślami autora? Przytoczony fragment odnosi się akurat do innych fragmentów książki. Proszę nie nadinterpretować. Chcą Państwo zrobić z mojej recenzji obrzydliwy przykład apologii pedofilii. Przykro mi, ale muszę Państwa rozczarować: na kilkadziesiąt zdań tego tekstu jedynie pół można by, jeśli się uprzeć, odnieść do namiętnie przytaczanego w komentarzach ustępu.
Gdzie jeszcze widzi (Pan)i obrzydliwość?
Znam relacje ludzi, którzy w Afryce przez długie lata mieszkali – ich świadectwa nie można już niestety negować. Szafujecie Państwo oskarżeniami o rasizm, zapominając, że Afrykanie (oczywiście nie wszyscy) to także rasiści. Współcześnie role się odwróciły: to rdzenni Afrykanie weszli w rolę ciemięzców. Zwalczają siebie wzajemnie i zwalczają, jakkolwiek rasistowsko by to zabrzmiało, białych. Mój wykładowca (biały) uciekł z RPA, bo pomordowali mu tam przyjaciół; on mógł być następny. Uciekał też stamtąd Coetzee, jeden z najwybitniejszych południowoafrykańskich intelektualistów – to już o czymś świadczy.
@Rafcio: pozwoli Pan, że odniosę się do Pana komentarza za kilka(naście) godzin.
Panie Marcinie,
Przeczytałam Pana recenzję z “Chwili przed zmierzchem” i delikatnie wbiło mnie w fotel. Znam książkę Kydryńskiego bardzo dobrze, bo pisałam o niej w pracy magisterskiej, także nie może mi Pan zarzucić znajomości tekstu z “drugiej ręki”. Pana recenzja jest przede wszystkim przepisaniem kilku fraz Kydryńskiego ze wstępu, wręcz mam wrażenie, że posłużył się Pan funkcją “kopiuj/wklej” pisząc ten post. To raczej słaba recenzja. Pomimo usilnych prób znalezienia wartości w tej nadzwyczaj grafomańskiej powieści, myli Pan (tak jak i autor tekstu) przyczyny ze skutkami. Oczywiście może Pan podawać szczegółowe przykłady “afrykańskiego” barbarzyństwa, pisząc o wybijaniu goryli – w ten sposób odwołując się do przykładu, wypada Pan na znawcę, co nie zmienia faktu, że większość problemów Afryka zawdzięcza czasom, krótkiej acz intensywnej kolonizacji. Rzeczywiście wielu kolonizatorów zbudowało w niektórych państwach infrastrukturę, a RPA było przecież jednym z lepiej rozwijających się państw na świecie, co nie zmienia faktu, że kolonizatorzy przywieźli ze sobą nie tylko miłe zabawki, ale także te nieco bardziej niebezpieczne, czyli broń, z której to mieszkańcy afrykańskich państw szybko nauczyli się robić użytek. Widzi Pan, to nie jest tak, że są sobie na świecie jakieś tajemnicze, dzikie plemiona, które potrzebują krwi białych dzieci (a tak w ogóle to przypadkiem nie Żydzi mieli te dzieci porywać? macę piec? toż to już przechodzi wszystkie granice, że także w Afryce białe dzieci są zagrożone!), bo już po prostu takich miejsc, gdzie mogliby mieszkać nie ma. Wszyscy partycypujemy w współczesnym świecie, oczywiście w różnorodnym kontekście, ale mieszkańcy Afryki są tak samo bystrzy jak my – nie są nieświadomymi, bezwolnymi ludźmi, którzy dają sobie narzucać pewne idee. Twórczo je przekształcają tak jak my – skoro my(Europejczycy) byliśmy na tyle kreatywni, by wymyślić i zrealizować Holocaust, a oni wykorzystali te same narzędzia w trakcie ludobójstwa w Rwandzie. Mam dla Pana mentalne ćwiczenie – niech spróbuje Pan wyobrazić sobie, że to pan jest bohaterem książki Kydryńskiego, że autor siesty opisuje Pana partnerkę/partnera lub też pańskie dzieci. Ciekawe czy poczuje Pan dyskomfort. Poza wspomnianą grafomanią, ta powieść to autokreacja Marcina K., trudno zatem dyskutować o obiektywnych faktach historycznych, w książce, gdzie cały czas pojawia się nieśmiertelna figura “Byłem TAM, a więc jak wiem JAK jest”. Ta pozycja uświadamia jedną rzecz, bardzo bolesną dla polskiej literatury – brak nam wszystkim języka do opisywania tego, co jest nam nieznane. Nie posiadamy takiego narzędzia, które byłoby na tyle adekwatne, by nie posługiwać się kategoriami kolonizatora. Jeśli naprawdę ma Pan ochotę poczytać opowieść, która odsłania odrobinę bardziej skomplikowaną wizję choćby RPA, to zachęcam do czytania książek Wojciecha Albińskiego.
@Lady Pasztet: Cieszę się, że czytała Pani książkę. Przejrzałem ją i tak, w dwóch fragmentach (jedno zdanie o Przylądku Dobrej Nadziei i jedno o ludziach, których Kydryński napotkał podczas swojej przeprawy) podobieństwo do słów autora jest bardzo uderzające (za Kydryńskim napisałem też, że jego książka to zbiór kilkunastu obrazków; czym są te obrazki, jaką formę przybierają – wyjaśniłem już jednak samodzielnie, we własnych słowach, po lekturze całości). Nie wynika to z faktu celowego zaczerpnięcia, a tylko z tego, że pisząc tę recenzje, korzystałem z notatek, które podczas lektury dość sumiennie prowadziłem (niekiedy przepisując “żywcem” całe frazy). Wszelkie inne cytaty ująłem w cudzysłów. Mimo wszystko – większą część recenzji stanowią już moje własne refleksje, które popieram niekiedy przykładami z książki, nieprzekopiowanymi jednak. Starałem się, żeby w tekście przeważała funkcja oceniająca. Podsumowując: tak, są zdania niebezpiecznie podobne do tych z książki Kydryńskiego, ale daleko idącym uogólnieniem byłoby stwierdzenie, że cały post to zlepek przekopiowanych cytatów.
Nie wiem, czy jest sens kontynuowania tej dyskusji. Każdy z nas wypracował sobie inną opinię na temat spuścizny kolonializmu. Czytaliśmy inne książki, artykuły i reportaże, wysłuchaliśmy różnych ludzi. Tak, być może system pojęć stosowany przez Europejczyków jest niewystarczający, żeby mówić o Afryce, dlatego, aby uchronić się przed tendencyjnością, wysłuchałem też relacji ludzi stamtąd: rozmawiałem, brałem udział w wykładach, czytałem relacje pisane z perspektywy Afrykanów itd. Kolonializm wywarł ogromny wpływ na Afrykę, ale mieszkańcy kontynentu dzisiaj, po kilkudziesięciu latach, nie przeceniają już jego wpływu na obecny kształt Czarnego Lądu. Zresztą odżegnuję się stanowczo od próby wskazania winnego za wszelką cenę, bo problemy Afryki to kwestia złożona; nie można zrzucić pełnej odpowiedzialności na kolonizatorów, którzy mieli ją w swoich rękach przez zaledwie 50 lat. Zarzucamy Europejczykom, że sprowadzili do Afryki broń palną; włączmy może zatem w to wszystko Chińczyków, którzy przecież broń palną wynaleźli. Tak, Chińczycy winni upadku Afryki. Kolonializm istniał od zawsze, to zwyczajnie dziejowa konsekwencja. Nie zamierzam stawać w obronie “białych”, bo to dla mnie najokrutniejsza z ras, która na przestrzeni wieków dopuściła się miliona zbrodni i przewinień. Nie chcę też jednak popadać w przesadę, bo z Europejczyków próbuje się zrobić bogów, którzy wywarli prominentny wpływ na współczesny kształt świata. Podbój kolonialny Afryki ma swoje czarne strony, ale nie tylko. Zgodzicie się Państwo, że oprócz morderczej techniki Europejczycy przywieźli też na Czarny Ląd wiele zbawiennych innowacji, za które dzisiaj państwa afrykańskie są im wdzięczne. Na tyle, że z tęsknoty za europejskimi innowacjami ich obywatele coraz częściej zaczynają śnić swój European dream. Kwestia afrykańskich uchodźców to dzisiaj problem ogólnoświatowy, a mimo to pomija się go milczeniem. Tymczasem prawie 46% czarnych Afrykanów żyje za mniej niż dolara dziennie. Nieliczni „szczęściarze” mają do dyspozycji 1 euro. Trudno już nawet mówić o pauperyzacji społeczności afrykańskich – jeszcze biedniejszym być przecież nie można. Ich kraje toczą wojny, korupcja i plagi nieurodzaju. Represje ludności przez despotyczne dyktatury prezydenckie są tam na porządku dziennym. Brakuje szkół, lekarzy, placówek zdrowia, ośrodków pracy. Wiele miast nie posiada własnych sieci wodociągowych. Wodę pobiera się w nich z ogromnych zbiorników, których strzegą uzbrojeni po zęby żołnierze. Spragnieni mieszkańcy napełniają nią każde naczynie, które wpadnie im w ręce, choćby puste kanistry po benzynie i nie ma nikogo, kto uświadomiłby im, że woda, którą z tych pojemników dadzą dzieciom do wypicia, będzie zatruta. To wszystko zmusza ich do ucieczki na Stary Kontynent w nadziei na lepsze i godne życie. Nie brakuje też głosów, że Afryka pod europejskimi rządami mogłaby podnieść się z upadku, bo dzisiaj, w czasach humanitaryzmu i walki o prawa człowieka, zbrodnie kolonializmu nie mogłyby się powtórzyć.
Nie uważam się za znawcę, bardziej niż na literaturze znam się na muzyce, ale mnie się ta książka podoba. Nie jest to dla mnie przykład grafomaństwa, ale literatury, która w swojej emfazie i próbie poetyckiego oddania detalu może się niektórym wydać pismacka. Do mnie ta stylistyka przemawia, ale – nie muszę chyba tego nadmieniać – gusta są różne. Jedni zachwycają się prozą i publicystyką Masłowskiej, ja – uważam je za przeintelektualizowany bełkot. Podobnie jest z “Chwilą przed zmierzchem” – dla mnie to piękna książka, dla innych obrzydliwy twór.
I jeszcze jedno: czy Pani zdaniem Kydryński twierdzi, że posiadł jedyną słuszną wiedzę o Afryce? Bo według mnie nie. “Chwila przed zmierzchem” to efekt jego obserwacji. I właśnie – tym, co go od nas różni, jest fakt, że był w Afryce i widział wiele na własne oczy. Rozprawiamy o Czarnym Lądzie, choć w przeciwieństwie do Kydryńskiego swoją wiedzę o Afryce czerpiemy z drugiej ręki. Nie mieliśmy, prawdopodobnie, możliwości jej weryfikacji.
A dyskurs, w jakim o Afryce wypowiadają się polscy literaci, jest też bolesnym problemem wszystkich Europejczyków. Nic jednak na to nie poradzimy, od paru wieków, chcemy czy nie, ciąży nad nami taki a nie inny paradygmat kulturowy, z charakterystycznym dla siebie systemem pojęć. Nie wyzbędziemy się go, niestety.
P.s. Bardzo dziękuję za najcenniejszy dla mnie jak dotąd głos w dyskusji.
Muszę Pana zaskoczyć – byłam w Afryce, i to nie w Afryce Północnej, ale w Zimbabwe i w Zambii, tuż przed tym, kiedy posadzony na tronie Mugabwe załatwił w miarę prosperujący do tej pory kraj. Warto przyjrzeć się jego biografii, by wyrobić sobie zdanie o tym, skąd zaczerpnął swą “inspirację” do tego, by w ten prominentny sposób autorytarnie zarządzać państwem.
@Lady Pasztet: zaskoczyła mnie Pani.
W takim razie ma Pani prawo (bardziej niż ktokolwiek tutaj), by mówić o Afryce. Sam z własnych obserwacji znam jedynie Kair. Proszę mi tylko powiedzieć: czy wszystko, o czym pisze Kydryński jest konfabulacją? Czy rzeczywiście nie rozgrywają się tam sceny dantejskie? Bo wydaje mi się, że jednak tak. Problem polega chyba na tym, że autor nie “zwala” wszystkiego na kolonializm.
Mugabwe, jeśli dobrze pamiętam, inspirował się myślą socjalistyczną. Do Afryki przynieśli ją Europejczycy, ale, proszę wybaczyć, nikt nie kazał mu wprowadzić jej w życie. Można powiedzieć: “Gdyby nie interwencja Zachodu, nie mielibyśmy autorytarnych rządów Mugabwe”. Ale równocześnie: “Gdyby nie interwencja Zachodu, misje humanitarne nie pomagałyby dzisiaj chorym na trąd czy zarażonym wirusem HIV”. To jeszcze raz dowodzi, że kolonializm miał swoje dobre i złe strony.
@Rafciu: o systemie pojęć rodem z Europy już pisałem – taki ciąży nad nami paradygmat kulturowy i na wiele spraw patrzymy z własnej perspektywy, odnosząc widziany i doświadczany świat do tego, co znamy. Musimy mieć jakiś punkt odniesienia.
Tak, uważam, że nuty, muzyka jest w stanie oddać prawdę o zjawiskach przyrody, ich dynamice, zmienności i gwałtowności. Odsyłam chociażby do muzyki ilustracyjnej.
Tak, sądzę, że o Kongijczykach można pisać w każdym języku. Nie rozumiem zresztą tego pytania. Co język ma tak naprawdę do rzeczy? Liczy się sam akt komunikacji. To, że nie znamy dorzeczy, którymi posługują się, na ten przykład, dzikie plemiona Nowej Gwinei, nie oznacza przecież, że niczego nie możemy się o ich kulturze dowiedzieć.
Zwierzęce analogie to produkt globalnej kultury. Pisałem już o animalizacji i sytuacjach, w których się tego środka stylistycznego używa. Bardzo on niefortunny, ale prawda jest taka, że literaci stosują go, odkąd literatura istnieje, również na określenie Europejczyków. Animalizacja wskazuje na pewne upodlenie, porzucenie powszechnie uznawanego sytemu etyki, ale nie tylko. Może też wskazywać, że opisywana osoba wykazuje cechy inherentne pewnym gatunkom zwierząt (nie bez powodu niektóre kobiety nazywamy „kocicami”. Albo „lwicami”, z rozjuszoną determinacją strzegących swojego potomstwa). I w końcu – animalizację stosuje się niekiedy w odniesieniu do ludzi, którzy żyją w wielkiej bliskości ze światem natury, dzięki czemu potrafią wejść w skórę zwierzęcia, stać się integralną częścią zwierzęcego królestwa. Nie ma to wówczas pejoratywnego wydźwięku, dlatego przypisanie afrykańskim kobietom gracji pantery czy wdzięku galopującej antylopy nie traktowałbym jako czegoś złego. Podobnie określenie prostytuujących się dziewczynek „ślicznymi zwierzątkami” ma tylko zobrazować to, jak zabiegały o uwagę Kydryńskiego; to, jak łasiły się do niego niczym małe kotki. W tym rozumieniu to dla mnie literacki chwyt, ale nie rasizm, bo że dziennikarz Afrykę i jej mieszkańców kocha, nie trzeba chyba nikogo przekonywać.
Powiem szczerze – kiedy Kydryński przyrównywał Afrykanki do zwierząt, miałem mieszane odczucia. Z drugiej strony autor tłumaczy, dlaczego stosuje takie analogie. Nie chcę go zresztą usprawiedliwiać, bo moja interpretacja nie musi być słuszna. Najlepiej gdyby sam odniósł się do tych zdań.
Całą prawdę o Afryce należy rozróżnić od prawdy o całej Afryce. I błagam, nie starajcie się Państwo negować faktów, które Kydryński wykłada w swojej książce, bo to kwestie udokumentowane. Nie wymyślił ich sobie, zdają sobie z nich sprawę i mówią o nich sami Afrykanie. „Chwila przed zmierzchem” jest próbą przekazania choćby częściowej prawdy o rejonach, które autor odwiedził. Niejednokrotnie odkrywali ją przed nim ich mieszkańcy. Jeśli oni nie mają prawa mówić o Afryce, to, na litość boską, kto ma?
Tak, znam tło, kontekst. Nie zmienia to jednak tego, że wydarzenia, o których wspomina Kydryński rzeczywiście miały na Czarnym Lądzie miejsce. O kwestii winy pisałem już wielokrotnie, dlatego nie będę się powtarzał. Tak, kolonializm miał ogromny wpływ na Afrykę, czasem mniej, czasem bardziej dalekosiężny.
„Afrykańska codzienność” – dokłada Pan do tego wyrażenia niepotrzebną ideologię. Gdzie tu rasizm? Zdaje mi się czasami, że ludzie są na przejawy rasizmu tak wyczuleni, że dostrzegają go tam, gdzie nie powinni. „Afrykańska codzienność”, „europejska codzienność”, „amerykańska codzienność” – chce Pan czy nie, ale to słowa nienacechowane emocjonalnie.
Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za komentarz.
@marcin drążyk
Z racji tego, ze ie uznał Pan mojego (oraz innych osób) za wart dyskusji, dwa linki ku ubogaceniu, spór nie ma sensu, musi Pan jeszcze sporo poczytać aby nie mylić ignorancji z posiadaniem poglądów:
http://www.uni.wroc.pl/~turowski/
http://gs-2010.blogspot.com/
pozdrawiam i życzę miłej lektury
p.s. w razie potrzeby dostarczę więcej lektur
@fronesis: gdybym nie uznał Państwa komentarzy za wartych dyskusji, nie odpowiedziałbym na każdy z nich z równą sumiennością. Jeśli już, stwierdziłem, że kontynuowanie tej dyskusji mija się z celem, bo i tak jeden drugiego do swoich racji nie przekona. A i do mnie bardziej trafiają głosy Afrykanów niż ludzi, którzy, jakkolwiek mnóstwo by na ten temat przeczytali, bazują na informacjach z drugiej ręki. Czasy kolonizacji się skończyły, Afryka stanowi o sobie sama. Nie można winą ze wszelkie klęski, które ją dotykają, obarczyć Europejczyków.
Zdaje mi się także, że uważa Pan(i) swoje poglądy za jedyne słuszne. I że jeśli moje widzenie problemów Afryki i tego wszystkiego, o czym tutaj rozmawialiśmy, odbiega od Pana/Pani wizji, to – w rezultacie – jestem ignorantem. A w takim razie – proszę wybaczyć, ale nie mam ochoty brnąć w tę dyskusję. Jeśli nie potrafi Pan(i) uszanować mojego stanowiska w tej sprawie, wolę zaprzestać jej roztrząsania.
Proszę uwierzyć, naczytałem się w tym temacie dosyć. Tyle ode mnie. Pozdrawiam.
@Marcin Drążyk
Gdyby tak łatwo było oddzielić historię grubą kreską to proszę napisać publicznie, żeby Polacy nie rozpamiętywali 20 tys ofiar Katynia, bo to było dawno temu i w sumie drobiazg historyczny. Wydaje się jednak, że nawet tak małe i drobne wydarzenie historyczne ma znaczenie dla polityki w dzisiejszej Polsce. może też napisać, ze holokaust i zniknięcie milionów obywateli II RP pochodzenia żydowskiego nie miało większego znaczenia dla historii Polski. Może tez Pan nie zauważyć różnic pomiędzy doświadczoną podczas II wojny Warszawą a prawie nietkniętym Krakowem. Wszytko można. Teraz niech Pan pomyśli nad symetrycznym ujęciem. Państwa afrykańskie z reguły były sztucznymi tworami, większość obchodzi dopiero 50 lecie. Są one częstokroć tworami wieloetnicznymi i wielojęzykowymi. Polska która ma problem ze zrozumieniem praw mniejszości np. romskiej powinna się właściwie od tych państw uczyć. Jak Pan może zapomnieć o tym, ze historia np. Ghany jest właściwie pisana niewolnictwem. A później zimną wojną. Gdy Kwame Nkrumah proił w latach 60 tych o ok. 30 mln ówczesnych dolarów pożyczki na budowę tamy, odmówiono m,u ze względu na jego socjalistyczne ciągoty i sympatie. W tym czasie Tajwan dostawał rocznie ok. 100 mln ówczesnych dolarów (co rok) przez całą dekadę lat 60. USA czyniły to aby mieć największy “lotniskowiec” u wybrzeży Chin. Więc pytanie proste co bardziej wpłynęło na rozwój Tajwanu i Ghany – czynniki zewnętrzne czy wewnętrzne. Ja stawiam na czynniki zewnętrzne (warto wspomnieć, że Nkrumaha obalono w zamachu stanu inspirowanym przez USA). Przykłady można mnożyć, np. Francja kiedy “dała” niepodległość państwom Afryki Zachodniej do dziś zachowała kontrolę na ich polityka monetarną, gdyż muszą one oddawać rezerwy finansowe do banków francuskich. Ich lokalna waluta czyli frank zachodnioafrykański jest zewnątrz sterowany. Nie wiem czy Pan śledził jakie emocje u nas wywołuje nominacja na prezesa NBP, więc proszę sobie wyobrazić gdyby do dziś prezes NBP urzędował w Moskwie. więc ma proste ćwiczenie proszę o wyobrażenie sobie symetrycznie sytuacji w Afryce i w Polsce.
A i małe ćwiczonko z symetrii nakoniec, gdyby to coo napisze poniżej wydarzyło się w kraju afrykańskkim, to jakie byłyby doniesienia na ten temat: krajem rządzili bracia bliźniacy, jedne były prezydentem, drugi premierem, kilkukrotnie w kraju tym po ulicach miast wędrowały pochody chcące aby królem tego kraju był byt nadprzyrodzony (Jezus Chrystus), w kraju tym w parlamencie oficjalnie zaproponowano aby modlić się o deszcz, stawia się w tym kraju 33 metrowe figury Chrystusa, przykłady można by mnożyć.
p.s. nie obwiniam europejczyków za WSZYSTKIE klęski w Afryce, tylko za miliony ofiar kolonizacji i handlu niewolnikami (przy których holokaust wygląda jak maleńki odprysk europejskiej machiny imperialnej, który się zwrotnie objawił w Europie i jako widoczny wzbudza do dzś(słuszne) przerażenie ogromem zbrodni.
p.s.2 czas kolonizacji się nie skończyły, Pana telefon komórkowy i nasze komputery działają dzięki złożom z Kongu, dyrektywa ONZ stwierdza, że żadne wydobycie nie obywa się bez wspierania jakiś ruchów partyzanckich czy bojówek. Więc kiedy Pan używa telefonu albo komputera musi mieć Pan świadomość wspierania jakiś samozwańczych armii w Kongu, więc nie są one lokalnym fenomenem to także Pana sprawa.
linki:
http://www.cdaction.pl/news-13438/playstation-war-czyli-o-tym-dlaczego-kazda-konsola-splamiona-jest-krwia.html
http://www.towardfreedom.com/home/content/view/1352/1
p.s. 3 nie rozumiem Pana wypowiedziach o głosach samych Afrykanów, na pewno nie jest nimi książka “Afrykańska odyseja”, któą czytałem, chyba, że zgodzimy się, ze wynika z niej jeden postulat, zniesienia ograniczeń w ruch wizowym do Europy dla mieszkańców Afryki, a na to Pan chyba już łatwo nie przyklaśnie.
@Marcin Drążyk
Z innej beczki: to my znieśliśmy też w XIX wieku indyjski zwyczaj sati, odwoławszy się do uniwersalnego pojęcia praw człowieka.
W XIX wieku w Europie funkcjonowało “uniwersalne pojęcie praw człowieka”? Czy aby żyjemy w tym samym wszechświecie?
Masakry dokonywane na kongijskiej ludności nie mogą być uznane za modelową kolonizację.
Kto jest uprawnionym do określania modelu modelowej kolonizacji? Francuzi mordujący w Indochinach? Brytyjczycy – ci wojen opiumowych i wojny zuluskiej? Niemcy, którzy eksterminowali Hererów?
http://en.wikipedia.org/wiki/French_Indochina
http://en.wikipedia.org/wiki/Opium_Wars
http://en.wikipedia.org/wiki/Anglo-Zulu_War
http://en.wikipedia.org/wiki/Herero_and_Namaqua_Genocide
Czy pan przypadkiem nie bierze za dobrą monetę wierszyków poczciwego Kiplinga?
Wiele mówiąca jest już reakcja innych kolonizatorów, którzy w surowych słowach gromili Leopolda II, a w końcu, z powodu barbarzyńskich metod, jakimi zarządzał państwem, zdecydowali się mu je odebrać.
Wiele mówiąca jest już reakcja Hitlera, który w surowych słowach gromił Stalina i Berię, a w końcu, z powodu barbarzyńskich metod, jakimi zarządzali państwem, zdecydował się im je odebrać. Damy to do copypasty?
Kydryński stosuje zabieg animalizacji, zgadza się, ale – w moim mniemaniu – przykładacie Państwo do tego zbyt wielką wagę. Ta figura stylistyczna (bądź, co bądź niezwykle w literaturze popularna) implikuje upodlenie, upadek dobrych obyczajów, degrengoladę, a jak inaczej określimy prostytucję?
Biała Massa pisze:
“Prawdę mówiąc od pierwszej mojej wyprawy do północnej Afryki mam pewną słabość do małych Arabek. (…) To dobre słowo, czarodziejki. W Dajr al-Madinie odnalazłem wśród oblepiających mnie dzieci takie śliczne małe zwierzątka. (…) Przychodziły mi do głowy myśli występne, że za dwudziestkę mógłbym taką pachnącą miodem, śniadą dziewczynkę wziąć do swojego hotelu i pieścić przez wiele godzin. Świństwo, ale potworną miałem na to wówczas ochotę. (…) Zawsze uważałem, że w pragnieniu białych mężczyzn, by posiąść czarne kobiety, jest pewna prawidłowość. Nie wydaje mi się jednak, by chodziło tu o tak lubiany przez seksuologów, jak i historyków motyw dominacji. Widzę tę siłę raczej jako atawizm. Jako sublimację żądzy spółkowania ze zwierzętami.”
To jest figura stylistyczna, do której nie należy przykładać zbyt wielkiej wagi?
Mnie to przypomina slogan “Żydzi = wszy = tyfus”, tylko zamiast strachu zaprawiony maksymalną dozą seksualnego podjarania. To w takim razie, mój subtelny moralisto, do kogo odniesiemy słowa “upodlenie, upadek dobrych obyczajów, degrengolada”? Do afrykańskich prostytutek?
Silnie rozwinięte poczucie etyki i przywiązanie do norm aksjologicznych jest tym, co różni człowieka od zwierząt – stąd moralnych zwyrodnialców, ludzi o wykoślawionym i wypaczonym systemie etycznym często się do nich przyrównuje.
Nareszcie zaczyna się ciekawy fragment. Czy ma pan na myśli Marcina Kydryńskiego?
„Chwila przed zmierzchem” układa się w pasjonującą opowieść o dorastaniu, doskonale realizując literacki topos drogi, jak również romantyczną koncepcję istoty „stającej się”. Podczas wielomiesięcznej podróży Kydryńskiemu objawia się nowa perspektywa, pomagająca zrozumieć, co jest ważne, a co mniej. Spotkani w różnych zakątkach kontynentu ludzie stają się dla niego nauczycielami życia, otwierającymi oczy na nowe prawdy i przestrzenie postrzegania. I tak: Vera, studentka historii sztuki z Kolonii, uświadamia mu, że człowiek jest panem swojego losu, a umiłowanie zbytku nie przybliży nikogo do zrozumienia istoty rzeczy; Romek, wieczny wędrownik, uczy go, że nie należy przywiązywać się do przedmiotów, bo wszystko, co ważne, trzeba nosić w sobie; a Andrew Wilson, Kanadyjczyk rozmiłowany w ryzykownych podróżach – że pragnienie utrwalenia chwili to kotwica, która więzi szczęście. Prawdziwą skarbnicą życiowej mądrości jest też dla dziennikarza „Pożegnanie z Afryką”, autobiograficzna powieść Karen Blixen, która uświadcza go w przekonaniu, że wtedy tylko możemy w pełni cieszyć się chwilą, kiedy przestaniemy być więźniami własnej radości życia.
Po cóż się woził z Mellerem do Afryki by się tego dowiedzieć? Wystarczyło nabyć dowolne dzieło Coelho ^^J
Pomimo różnic Kydryński i Kapuściński mają podobne spojrzenie na historię Afryki: przybiera ona dla nich kształt krwawego kręgu. „Czasem sądzę, że nie będzie tam jutra” – możemy przeczytać we wstępie do „Chwili przed zmierzchem”. To zdanie jest dla mnie najkrótszym streszczeniem ponurej prognozy na przyszłość, którą autor stawia na kartach tej książki wielokrotnie. Geograficznie Czarny Ląd zdaje mu się rajem na ziemi, cudem natury, arcydziełem tak dalece doskonałym, że próba ujęcia w słowa jego magii wydaje się niczym więcej, jak tylko próżnym wysiłkiem. Niemniej – Afryka to nie tylko piękno krajobrazu; to przede wszystkim wojna, głód, epidemie i bezbrzeżna nędza. Niewielu dożyje tam sędziwego wieku. Jeśli nie wykończy ich AIDS, umrą z niedożywienia. Jeśli szczęśliwie nie zabraknie im strawy, zginą w krwawych plemiennych walkach. Kydryński nie widzi nadziei na lepsze jutro, jego słowa brzmią jak przepowiednia tragicznego końca Afryki. Jak w Szekspirowskim „Tytusie Andronikusie” – „nikt nie wyjdzie żywy” – mówi.
“Biedny, żyjący w dostatku Europejczyk patrzy na Afrykę”
Największą autodestrukcyjną siłę stanowią jej mieszkańcy, niezdolni do sprawowania mądrych rządów, ślepo wierzący w absurdalne zabobony, które każą im porywać i mordować białe niemowlęta czy też polować na najrzadsze gatunki zwierząt, aby zapewnić sobie przychylność bogów.
A dotykające ich nieszczęścia przypisują złowrogim działaniom Jaszczurów z kosmosu, oh wait..
@Marcin Drążyk
Nie twierdzę, że ekspansja kolonialna miała zbawienny wpływ na afrykańskie (i nie tylko) państwa; nie zgodzę się też jednak, że wszystko złe, co dzieje się na Czarnym Lądzie, można uznać za jej ciemną spuściznę. Rządy kolonialne w Afryce trwały relatywnie krótko, bo tylko przez około pół wieku.
No, w porównaniu z Guanczami Afrykanie wygrali szczęśliwy los.
Kolonializm ma w końcu swoje dobre i złe skutki. Tak, dziesiątkowaliśmy Afrykanów (choć to nie reguła; są rejony, gdzie ekspansja miała wymiar dość „pokojowy”) i przywłaszczaliśmy sobie na własność ich bogactwa naturalne, ale też przyczyniliśmy się do rozwoju infrastruktury, oświaty i – co chyba najważniejsze – systemu ochrony zdrowia.
Owszem. Nie pomnę już, niestety, gdzie w internetach widziałem komentarze rdzennych Tasmańczyków zachwalające austalijską służbę zdrowia.
Kydryński stosuje zabieg animalizacji, zgadza się, ale – w moim mniemaniu – przykładacie Państwo do tego zbyt wielką wagę. Ta figura stylistyczna (bądź, co bądź niezwykle w literaturze popularna) implikuje upodlenie, upadek dobrych obyczajów, degrengoladę, a jak inaczej określimy prostytucję?
Mam wrażenie, jakobym czytał “Satyrę na leniwych chłopów”.
Zresztą odżegnuję się stanowczo od próby wskazania winnego za wszelką cenę, bo problemy Afryki to kwestia złożona; nie można zrzucić pełnej odpowiedzialności na kolonizatorów, którzy mieli ją w swoich rękach przez zaledwie 50 lat.
A teraz, drogie dzieci, zagadka: skąd się wobec tego wzięli Afroamerykanie?
@ Naciej Drązyk
http://en.wikipedia.org/wiki/Triangular_trade
proszę to przeczytać a następnie zweryfikować swoją tezę o 50 letnim okresie kolonizacji.
@Nachasz
Wystarczyło nabyć dowolne dzieło Coelho
Może o tym nie wiedział? Ja do dziś nie wiedziałem.
Ja na sytuację w Afryce buduję sobie taką analogię – wyobraźmy sobie, że ktoś w Europie wykreślił takie państwo, w którym znaleźli się prawie wszyscy Polacy, może 10-20% Niemców i kawałek Rosji. Po czym oddał pełnię władzy Niemcom. Czy można sobie wyobrazić, że wszyscy z uśmiechem na ustach biorą się do pokojowego budowania nowej ojczyzny?
Proszę spojrzeć na dzieje Europy, choćby ostatnie 20 lat, co się działo np. w byłej Jugosławii, w jak krwawy sposób doszło do jej podziału na państwa etniczne. Nawet Czechy i Słowacy, mimo bardzo podobnej kultury, zdecydowali że wolą żyć oddzielnie, a nie w jednym organizmie. Tymczasem w Afryce prawie każde państwo to taki zlepek – tyle że społeczność międzynarodowa nie wyraża zgody na jakikolwiek podział (z wyjątkiem Erytrei, w Afryce w ostatnich kilkudziesięciu latach nie powstał żaden nowy kraj – np. starania Somalilandu o uznanie niepodległości, de facto całkowicie niezależnej i całkiem sprawnie funkcjonującej części Somalii, są od wielu lat blokowane i utrącane).
Proszę prześledzić historię np. Sudanu – gdzie Brytyjczycy stworzyli jedno państwo dla muzułmańskich Arabów i animistycznej (tudzież chrześcijańskiej) murzyńskiej ludności Południa, i dali władzę tym pierwszym.
Wspomniane masakry w Rwandzie też są pokłosiem kolonializmu i sztucznie stworzonego podziału na Hutu i Tutsi.
W prawie każdym kraju Afryki można znaleźć podobne zależności.
W dodatku przyznam, że zawsze mnie śmieszy to biadanie nad końcem kolonializmu, że niby to był błąd itd. Dekolonizacja nie była żadnym “lewackim spiskiem”, kraje europejskie po prostu już tych kolonii nie były w stanie utrzymać (choć nieraz długo i krwawo walczyły, vide Algieria), tudzież uznały, że utrzymywanie kolonii się najzwyczajniej nie opłaca – taniej jest skorumpować paru lokalnych kacyków, i zyskać dostęp do surowców bez ponoszenia dużych nakładów.
Poza tym nie można porównywać kolonizacji w Azji i Afryce – o ile jeszcze w Indiach czy na Płw Malajskim inwestycje faktycznie były spore, bo Brytyjczycy w jakiś sposób planowali tam mieszkać, włączano też lokalnych mieszkańców do struktur administracyjnych itd. (dzięki czemu w krajach tych były elity, zdolne przejąć władzę po upadku kolonii), to w Afryce praktycznie wyłącznie chodziło o tworzenie infrastruktury do eksploatacji surowców, a Murzynów w najlepszym razie wykorzystywano jako siłę roboczą do prac fizycznych.
Zresztą nawet kwestia efektów kolonizacji Azji to temat na długą (aczkolwiek inną) dyskusję – dla mnie niesamowicie wymowny był wykres udziału poszczególnych krajów w światowym PKB, gdzie wspomniane Indie w XVIII wieku miały 22%, a na pocz. XX wieku skurczył się on poniżej 2% – rośnie on dopiero od czasów odzyskania niepodległości – trudno więc mówić o jakiś niesamowitych korzyściach z bycia brytyjską kolonią…
http://wyborcza.pl/1,75248,8665782,Rasizm_nasz_codzienny.html
Polecam lekturze, ciekawe czy szanowny Pan powiąże ten raport z rasistowskim językiem Kydryńskiego. Myślę, że tutaj właśnie okazuje się, jak język nas wszystkich wpływa na rzeczywistość, kształtuje ją niestety w niewesoły sposób.
A Kydryński to przykład tego, że można używać takich określeń do woli, bo w końcu to jego “subiektywny” odbiór Afrykańskiej rzeczywistości…
@Autor:
Michał Babilas najwyraźniej w swym dyskusyjnym zacietrzewieniu nie zauważył Pańskiego – jakże wyraźnego i graniczącego z obrzydzeniem – emocjonalnego dystansu do recenzowanej przez Pana książki. Typowy przypadek: czytelnik nie dorósł intelektualnie do zwiewnej lekkości bardzo głęboko ukrytej aluzji. Mój problem polega jednak na tym, że ja również mam podobne do babilasowych trudności i widzę panegiryk. Czy powinienem uznać się za przygłupa?
Uprzejmie proszę o dostarczenie klucza do swej prozy.
Zapraszam do lektury mojej recenzji tej samej książki na portalu afryka.org, może po jej przeczytaniu zmieni Pan zdanie, może się odrobinę skomplikuje Pańska wizja pisarstwa o Afryce.
http://afryka.org/?showNewsPlus=5514
Pozdrawiam