„Listy Julii”, premierowe wydawnictwo Katarzyny Groniec, jest kolejnym dowodem jej niezwykłych wokalnych umiejętności. Nigdy wcześniej polska piosenka aktorska nie lśniła takim blaskiem!
Podług romantycznej legendy sprzed paru wieków Julia Capuletti spoczęła w podziemiach kościółka św. Franciszka przy via Shakespeare w Weronie. Już od początku XVII wieku miejsce to odwiedzali sławni podróżnicy i artyści, a wśród nich – sam George Byron. W 1937 roku, na zlecenie kuratora werońskich muzeów Antonio Aveny, stanął tam pusty sarkofag z różowego marmuru, identyfikowany z pochówkiem Szekspirowskiej bohaterki. Krótko potem stróż grobu Ettore Solinami otrzymał dziwny list, zaadresowany po prostu: „Giulietta, Verona”. Urzeczony pięknym stylem i wzruszającą treścią, postanowił na niego bezzwłocznie odpisać. Podobna korespondencja spłynęła na jego ręce jeszcze wiele razy. Już od 70 lat nieszczęśliwie zakochani i dręczeni miłosnymi rozterkami każdego roku wysyłają do „Julii” dziesiątki tysięcy listów.
W 1993 roku ta sentymentalna werońska tradycja zainspirowała Elvisa Costello, 40-letniego wówczas awangardowego muzyka rockowego. Tak powstał album „The Juliett Letters”, nagrany przy akompaniamencie smyczkowego The Brodsky Quartet, ubrany w formę współczesnej muzyki poważnej o ascetycznej i agresywnej liryce. Tekstowo płyta Costello stanowiła zbiór wierszy, stylizowanych na listy, których bohaterowie, miotani silnymi emocjami, rozprawiają o różnych rodzajach miłości. Wyrafinowana i trudna w odbiorze, nie odniosła wielkiego sukcesu komercyjnego; dzisiaj pamiętają ją już chyba tylko najwięksi fani muzyka.
Po 16 latach „Listy Julii” trafiają w nasze ręce raz jeszcze. Tym razem – za sprawą Katarzyny Groniec, utalentowanej wokalistki, zdobywczyni Grand Prix wrocławskiego Festiwalu Piosenki Aktorskiej z 1997 roku, która zapomniany album Costello odsłania polskim słuchaczom w nowej, odświeżonej wersji, odrzucając stanowczo surowy klimat pierwowzoru.
Nowa płyta Groniec to prawdziwa emocjonalna bomba, eksplodująca nieprzerwanie tysiącami odłamków, przybierających postać gorzkich opowieści z życia pozornie obcych sobie ludzi. Jest wśród nich zdradzona kobieta, w której niewierność męża obudziła potwory nieufności; dziecko borykające się z rozwodem rodziców; alkoholik z własną, zaskakująco trzeźwą diagnozą współczesności; czy wreszcie dziewczyna – z nadzieją wyczekująca happy endu swojej miłosnej historii. Ich uczuciowe poruszenie Groniec odrysowuje po mistrzowsku. Żonglerka nastrojem i klimatem, przemieszanie stylów i konwencji, dynamiczne kontrasty i zerwanie z zasadą decorum to jedne z najbardziej znamiennych cech tej płyty.
Groniec śpiewa o nieszczęśliwej miłości w niespotykany sposób. Przede wszystkim – oddaje głos swoim bohaterom, często poniżonym i rozjuszonym. Ich wyznania w niczym nie przypominają uładzonych, poetyckich tekstów o odtrąconym uczuciu. Nie znajdziemy tu przemyślanych, wzniosłych fraz; przeciwnie, „Listy Julii” obfitują w agresywne wiązanki, a nawet wulgarne wyzwiska, ciskane w złości we wszystkich kierunkach. Tym szczersze wydają się przez to teksty piosenek, samodzielnie zresztą przez Groniec przetłumaczone.
Nowy album artystki urzeka różnorodnością i techniczną maestrią, przewyższając swój znakomity pierwowzór pod każdym względem. Interpretacje Groniec to prawdziwe arcydzieło wokalistyki. Piosenkarka szokuje, wzrusza i bawi, a w barwną galerię przedstawionych na płycie postaci wciela się z ujmującą aktorską lekkością. Zachwycają ponadto aranżacje Łukasza Damrycha i Tomasza Kasiukiewicza, występujących tu także w rolach pianisty i puzonisty. Partie ich instrumentów doskonale wpisują się w klimat całości, a zarazem czynią to wielkie dzieło jeszcze bardziej wyjątkowym.
Brawo!



Dzięki za świetną recenzję! Słyszałem już o tej płycie i postanowiłem ją nabyć przy okazji kolejnego wyjazdu do kraju. Wiedziałem, że są to piosenki Elvisa Costello, ale nie znałem tej pięknej historii z grobem Julii. Dzięki.
Ja w tych dniach zachwycam się cała masą niezłych nowych wydawnictw ze świata. Mam już świeże płyty Cesari Evory, Richarda Bony i Jesse Cooka. No i w końcu znalazłem też reklamowaną tu ostatnio Yasmin Levy. Przepiękna!
Kochamy Kasię Groniec. Mamy na punkcie Kasi Groniec wielgachnego fioła. Pozdrawiam