Kiedy cztery lata temu Yasmin Levy wydała swoją pierwszą płytę, „La Juderia”, szybko stało się jasne, że światu world music przybędzie wkrótce nowa gwiazda. Ostatnie dzieło Izraelki, „Sentir”, dowodzi wyraźnie, że przewidywania krytyków w tym względzie były jak najbardziej trafne.
Na swoim premierowym wydawnictwie wokalistka po raz kolejny zabiera nas w podróż po Iberii, śladem Żydów sefardyjskich, wygnanych z Hiszpanii w 1492 roku. Jej muzyka nadal zaskakuje, głos – w dalszym ciągu czaruje, przy czym nowe utwory to swoiste świadectwo przemian, które zdają się nieuniknione, kiedy artysta zbacza z raz obranej ścieżki. Yasmin nie zadowala się prostymi rozwiązaniami, eksperymentuje, podejmuje ryzyko, poszukuje nowych sposobów wyrazu, w czym dobitnie przypomina muzyka jazzowego. Jazz pobrzękiwał już zresztą nieśmiało na jej poprzedniej płycie; na premierowym albumie Izraelki jest go nawet więcej. Problem w tym, że… niesłusznie.

Nie chcę, by zrozumiano mnie opacznie. „Sentir” to dzieło wyjątkowe, którego słucha się z prawdziwą przyjemnością. Jednocześnie – to rzecz, najprościej mówiąc, inna niż wszystko to, co wokalistka do tej pory wydała; inne, bo już nie tak egzotyczne, tymczasem egzotyka właśnie urzeka mnie na płytach Yasmin najmocniej. Daleko mi do purysty, uwielbiam, kiedy w piosenkach ścierają się ze sobą różne, najchętniej bardzo odległe kultury. Nie tak dawno zachwycałem się przecież średniowiecznymi pieśniami ladino z „Mano Suave”, w których tradycyjna muzyka sefardyjska przenika się z arabską melodyką, a chwilami zbliża się nawet do jazzu. I chociaż mój entuzjazm dla muzyki improwizowanej nabiera na sile z każdą nową płytą moich ulubieńców, by wspomnieć tylko niektórych – Leszka Możdżera, Larsa Danielssona czy Tomasz Stańkę, to opowiadam się, mimo wszystko, za wyważeniem.
Że jazz i muzyka etniczna potrafią współbrzmieć przepięknie, udowodniła już przed trzema laty Anna Maria Jopek. Na „ID”, jej ostatniej studyjnej płycie, mnogość poetyk i muzycznych tradycji, do których sięgnęła (słychać tu m.in. jazz chłodnej Północy, muzykę afrykańską i azjatycką czy brazylijską bossa novę), sprawia jednak, że sprzężenie równie odrębnych estetyk w jedną całość nie tylko nie razi, ale wręcz daje słuchaczowi poczucie obcowania z dziełem wybitnym, porażającym bogactwem barw i różnorodnych, skrajnie odległych wrażliwości. Stylistyka, w której porusza się Yasmin, nie sięga (nie)stety tak daleko. Jej granice wyznaczają dwa punkty na mapie świata – Półwysep Iberyjski, z flamenco i muzyką ladino, oraz szeroko pojęty Bliski Wschód. Nie twierdzę, że jazz nie jest w tym „towarzystwie” mile widziany; jak we wszystkim jednak – potrzeba rozwagi, bo o przesyt nietrudno.

W przypadku „Sentir” ubolewam zwłaszcza nad uszczupleniem orientalnego instrumentarium, które na poprzednich płytach artystki w sposób szczególny determinowało eteryczny charakter całości. Egzotycznych instrumentów nie ma tu już prawie wcale – pozostała gitara flamenco i flet Ney, w paru utworach słychać też buzuki z Azji Środkowej; w miejsce pozostałych pojawiły się: kontrabas, trąbka, perkusja, keyboard i wszechobecny fortepian Sonny’ego Passosa, instrumentalisty niewątpliwie wyjątkowego, którego solówki to istne arcydzieło pianistyki. Niektóre z nich, jak synkopowe przejścia między kolejnymi liniami wokalu Yasmin w otwierającym płytę „Mi Korason”, wydają mi się absolutnie konieczne – bez nich „Sentir” straciłby wyraźnie na bogactwie brzmienia; inne – są niejako zbędne z racji nieprzystawalności świata muzyki improwizowanej do prezentowanej przez artystkę stylistyki.
By porzucić w końcu utyskiwania na muzyczne wybory piosenkarki, skupmy się na niezaprzeczalnych atutach albumu, wśród których największym jawi się oczywiście sama Yasmin i jej wokal, nieprzypominający w niczym uładzonego śpiewu europejskich spadkobierców stylu Bel canto, a raczej archaiczną tradycję białych głosów i nosowych wibracji. Na nowej płycie artystka zdaje się jeszcze bardziej ekspresywna. Tęskne zaśpiewy, oparte na skomplikowanych liniach melodycznych i zachwycających melizmatach, doskonale oddają klimat utworów, opowiadających – jak przyznała Izraelka – o miłości i utracie, nierozerwalnie ze sobą związanych, o czym każe już sądzić jej emocjonalne zaangażowanie w przekazanie wyłożonych w tekstach rzewnych historii. Smutek i melancholia, pobrzękujące w głosie Yasmin, oddają rozpacz odrzuconego kochanka trafniej niż jakiekolwiek słowa. Niezwykle sugestywnie brzmią też krzyczane, neurasteniczne partie wokalu („El Amor Contigo”, „La Hija de Juan Simon”), poszerzające spektrum zaakcentowanych na „Sentir” emocji o gniew, wzburzenie i uczuciowe poruszenie.

Głos piosenkarki brzmi szczególnie przejmująco w inspirowanym muzyką flamenco „Porque”, duecie artystki z grecką pieśniarką Elani Vitaly, i w sefardyjskiej balladzie „Una Pastora” („Pasterka”). Do jej nagrania wykorzystano taśmę sprzed 35 lat, na której „Pasterkę” wykonuje ojciec wokalistki, nieżyjący już Izaak Levy. Ten czołowy izraelski muzykolog przez całe życie rejestrował i komentował pieśni ladino, tak świeckie, jak i sakralne, by zachować je w niezmienionym kształcie dla potomności. To dzięki niemu kultura ladino przeżywa dzisiaj swój spóźniony renesans.
Moje narzekania z początkowych ustępów mogłyby sugerować, że Yasmin odżegnuje się stanowczo od obranej na początku kariery drogi – nic podobnego! „Sentir” jest kolejnym dowodem na to, że artystka nie ustaje w próbach stworzenia płaszczyzny porozumienia dla Wschodu i Zachodu, przeszłości i teraźniejszości. Na jej najnowszej płycie pieśni Żydów sefardyjskich spotykają się z andaluzyjskim flamenco, a judeo-hiszpańskie ballady i modlitwy – z muzyką mauretańską. Co więcej – producent albumu Javier Limon nadał wszystkiemu jazzowe zabarwienie, tworząc z „Sentir” prawdziwy amalgamat tradycji i estetyk. Znalazło się w nim nawet miejsce na przepiękną interpretację sztandarowego utworu Leonarda Cohena „Hallelujah”, utrzymaną w atmosferze synagogowej inkantacji! Również z takich wyzwań artystka wychodzi obronną ręką.
Muzyka ladino to jedna z najbardziej poruszających tradycji kulturowych wszystkich czasów. Miejmy nadzieję, że z każdą następną płytą Yasmin Levy będzie odsłaniać przed nami kolejne składniki jej nadzwyczajnego uroku.