Nie jestem dobrym krytykiem. Muzyka zachwyca mnie jedynie okazjonalnie, tymczasem nie mam serca gromić artystów wyłącznie z tego powodu, że trudno mi dogodzić – za duży mam dla nich szacunek, w końcu napisać piosenkę, nie wspominając o całej płycie, to sztuka nie lada. Nie mówię oczywiście o chłamie, ślepo lansowanym przez polskich DJ’ów, a o prawdziwych perełkach, które – jakkolwiek z rzadka powalają mnie na kolana – bezsprzecznie powstają; nie sposób wnioskować inaczej wobec mnożących się pochlebnych opinii poważnych dziennikarzy muzycznych. Jestem okropnie wybredny. Niedobra to cecha w moim zawodzie; czuję, że będę w swoich recenzjach zrzędzić niemiłosiernie, pozwalając sobie na 2-3 zdania uniesienia z racji zupełnie porywającego niuansu kompozycyjnego w za krótkim, niestety, bridge’u lub też genialnej partii basu, a jeśli dopisze szczęście (pytanie: mi czy artyście?) – oszałamiającego refrenu w jednej z piosenek.
Poza tym narażam się co poniektórym poprzez nagminne wykorzystanie funkcji metakrytycznej. Jakże nieznośne muszą być ustępy dotyczące moich recenzenckich rozterek i towarzyszące im zazwyczaj przemyślenia większej czy mniejszej wagi dla ludzi, którzy wchodzą na tę stronę, żeby poczytać o muzyce. Obiecuję poprawę, tymczasem potraktujmy ten artykuł jako swobodną recenzję o cechach felietonu. Taka forma podyktowana została moim olbrzymim rozczarowaniem tegorocznymi, wakacyjnymi premierami płytowymi – stąd smutna konstatacja z początku. Szczęśliwie muzyczny sezon ogórkowy ma się już ku końcowi…
Wracając do meritum – mogę wymienić zaledwie garstkę artystów, których każda kolejna płyta to, jak dla mnie, twór idealny, wypełniony muzyką najwyższej próby. Jednym z nich jest Yasmin Levy, izraelska pieśniarka pielęgnująca pamięć o muzyce ladino, unikalnej spuściźnie Żydów sefardyjskich. Za niecały miesiąc w sklepach pojawi się jej nowa płyta. Niech stanie się to dzisiaj pretekstem do dyskusji o jej poprzednim, wielkim dziele.

„Mano Suave” z 2007 roku to jedno z moich najważniejszych muzycznych odkryć. Kiedy Yasmin otwiera usta – ja zamieram w zachwycie. Mógłbym godzinami rozprawiać o jej niesamowitym głosie, mnożąc przy tym przymiotniki, które za każdym razem nieudolnie tylko oddawałyby jego urodę. Pytanie: po co? Nie o wszystkim da się napisać, wiele trzeba po prostu przeżyć, nawet jeśli próba zdefiniowana towarzyszących naszym odkryciom impresji jest z góry skazana na niepowodzenie. Język zbyt ciasny, by pomieścić w nim właściwe sensy, emocje wzbraniające się przed werbalizacją – to poniekąd klęska recenzenta, dla którego słowo to nieodzowny i, co tu dużo mówić, jedyny oręż. Krytyka przyrównałbym z tego powodu do ślepca, który wobec wiecznych ciemności zalegających mu przed oczami błądzi po omacku i przedziera się niepewnie przez gąszcz znajomych lub całkiem obcych przedmiotów, aby wreszcie dotrzeć do celu, polegając wyłącznie na własnej intuicji bądź zawierzając nieznanym, pomocnym dłoniom. Podobnie krytyk błąka się w poszukiwaniu trafnych fraz i treści, zdając się jedynie na instynkt lub też szukając aprobaty dla swoich językowych wyborów w innych, niekoniecznie dziennikarskich tekstach.
Do rzeczy jednak – w wokalu Yasmin w sposób szczególny urzeka mnie pewien smutek i melancholia, obecne we wszystkich wyśpiewanych przez nią dźwiękach. Niejednokrotnie pobrzękują w nim też ból i tęsknota, nadające całości wyjątkowy rodzaj emocjonalności. Ta ekspresywność jest dla mnie tym bardziej ważna, że wobec bariery językowej jedynie głos artystki może dać mi pojęcie o emocjach zaakcentowanych w tekstach piosenek.

Na „Mano Suave” dzieje się co więcej wszystko to, co wyjątkowo pociąga mnie w muzyce: obce kultury spotykają się i przenikają, konwencje zostają przełamane, żywiołowe hiszpańskie flamenco, podszyte tajemniczą środkowowschodnią melodyką, pojawia się obok śródziemnomorskich brzmień przemieszanych z arabską rytmiką, a w średniowiecznych pieśniach ladino podźwiękują wpływy tureckie… Egzotyka w takim wydaniu smakuje wybornie.
Wyrafinowany, orientalny nastrój tej płyty to także zasługa bogatego instrumentarium. Na „Mano Suave” słychać darabukę, arabski membranofon; potężnie brzmiący duduk, pochodzący z Armenii jeden z najstarszych instrumentów dętych; oud; qanun, 72-strunową cytrę, wykorzystywaną w tradycyjnej muzyce Bliskiego Wschodu opartej na szczególnym wzorcu melodycznym religijnej muzyki arabskiej (makam); gitarę flamenco; lirę pontyjską; turecki flet Ney czy klarnet. Wszystko to, w dopełnieniu z wokalem Yasmin, tworzy niepowtarzalny muzyczny krajobraz, mieniący się tysiącami barw, przywołujących na myśl rozpalone powietrze Iberii czy Bliskiego Wschodu – wizualnego świata odbitego w jej muzyce.
Yasmin Levy to znakomita kompozytorka. Obok tradycyjnych pieśni ladino („Si Veriash” czy „Una Ora”), które artystka od wielu lat próbuje ocalić od zapomnienia, na „Mano Suave” pojawiają się też jej własne, delikatnie jazzujące kompozycje. Wśród nich prawdziwym skarbem jest dla mnie utwór „Por La Mia”, przypominający żydowskie lamentacje, w którym głos artystki melancholia przepełnia do tego stopnia, że musi być to bez wątpienia gorzkie wyznanie kobiety opłakującej utraconą miłość. Nie ma na całej płycie bardziej przejmującego tematu.

Wspaniale wypada też wieńczący płytę beduiński standard, w którym gościnnie wystąpiła arabska diva Natacha Atlas. Jej głos – głęboki, niski, niekiedy beznamiętny – stanowi ciekawą antytezę dla sugestywnego wokalu Yasmin. „Odecha” przełamuje też znacząco nastrój całego albumu, ewokując tajemnicze, niepokojące obrazy. Kiedy ja wsłuchuję się w ten utwór, wyobrażam sobie pustynię o zmroku; nieprzyjazne, piaszczyste równiny, które stały się schronieniem dla groźnych stworzeń i poczwar, poruszających się z gracją przy akompaniamencie pohukującego wśród wydm wiatru. Lubię, gdy muzyka rodzi podobne, przejmujące grozą wizje…
Yasmin Levy jest artystką o ogromnym potencjale. Już dzisiaj stawia się ją w jednym szeregu z największymi divami współczesnego world music. Z olbrzymią niecierpliwością czekam na jej nową płytę. Wierzę, że po raz kolejny będzie to dzieło bez precedensu.