Egzotyka Indian obu Ameryk przemieszana z klasycznymi, europejskimi brzmieniami, plemienne pieśni i zaśpiewy, przywołujące obrazy dawnych i odległych krain, kłębiące się ponad gęstą chmurą orkiestralnych smyków, a nade wszystko Lisa Gerrard eksplorująca bezkresne kontynenty dźwięków przy wtórze fletni Pana – tak można by zdefiniować płytę idealną, która – wbrew powszechnej opinii, że ideałów nie ma – powstała przed czterema laty, na szczęście moje i wielu słuchaczy zapewne.
„A Thousand Roads”, bo o tym albumie mowa, to zbiór 20 ilustracyjnych kompozycji do krótkometrażowego filmu Chrisa Eyre, snującego opowieść o współczesnym życiu rdzennych mieszkańców Nowego Świata. Czterem historiom o Indianach Mohawk, Inupiat, Navajo oraz peruwiańskim szczepie Quechua towarzyszy zniewalająca muzyka, w której zatraciłem się bez reszty już za pierwszym przesłuchaniem, kilka dni temu.
To nie jest płyta dla wszystkich. I nigdy prawdopodobnie nie miała być.
Ktokolwiek potrzebuje muzyki mod- nej w tym sezonie, krążka pełnego rozbujanych, wakacyjnych songów o prostej harmonii i bełkotliwym tek- ście, ten bezsprzecznie dozna zawo- du. Kompozycje Jeffa Rony i Lisy Gerrard składają się na dzieło eteryczne, zmysłowe, pachnące przestrzenią i swobodą, hipnoty- zujące obfitością dźwięków i muzycz- nych odcieni. Docenią je przede wszystkim miłośnicy Dead Can Dance, world music i niekonwencjonalnej muzyki filmowej, sięgającej do wypracowanego przez wieki dorobku innych kultur.
Największą zaletą „A Thousand Roads”, które chwilami jawi się jako dziki hołd dla pierwotnych, plemiennych brzmień i tematów, nie są ani uskrzydlające kompozycje emanujące organiczną energią w czystej postaci, ani sprzężenie najprzeróżniejszych, odległych sobie barw, tradycji i estetyk w jedną, zjawiskową całość, ani nawet sekcja instrumentalna, kreująca mistyczny nastrój, ubogacający obraz o nowe sensy i wartości… Najważniejszy jest tutaj głos Lisy Gerrard, chóralny kontralt, powiew Nieznanego, który muzyce zebranej na krążku każe wędrować w inny wymiar, świat cudów i prawiecznej magii, krainę nienamacalnego. Tak brzmi tajemnica; jej uroda jest niewyrażalna. Zabrzmiało emfatycznie, a jednak inaczej się nie da. Słowa jak zwykle okazały się zbyt ciasne; ująć w nie namiętności niesione przez wokal Lisy to rzecz niewykonalna. Zamilknę zatem, bo Niebo jest tuż-tuż…
Marcinie czas napisać coś o nowej płytce Kayah-Skała
. To tylko taka delikatna sugestia. Pozdrawiam
O Skale już niedługo:) Wcześniej czas na pewną panią z Izraela:)