Choć szeroko pojęta alternatywa wychodzi z ukrycia z coraz większą śmiałością, to entuzjastyczne opinie o boomie na tego rodzaju muzykę należy traktować sceptycznie – szczególnie w naszym kraju. Nietrudno policzyć, że w polskich warunkach artysta niszowy odnosi sukces jedynie raz na kilka lat. Jeśli ktoś sobie na to w ostatnim czasie zasłużył, to jest to, bez cienia wątpliwości, Gaba Kulka. Jej najnowsza płyta – „Hat, Rabbit” – każe mi wierzyć, że z polskim offem będzie już odtąd tylko lepiej. Choćby za jej sprawą.
Marię Peszek i Czesława Mozila okrzyknięto niegdyś – całkiem słusznie zresztą (swego czasu strasznie za nimi szalałem) – prawdziwym objawieniem polskiej sceny muzycznej. Krytycy pieli z zachwytu, a ich pompatyczna retoryka postulująca apologię awangardy, muzyki idącej na opak, przełamującej utarte konwencje i schematy nadała tempa kulawej z początku akcji promocyjnej premierowych wydawnictw tej dwójki. Na efekty nie trzeba było czekać długo. „Miasto mania” i „Debiut” pokryły się platyną, słuchacze oszaleli – rewolucja pełną parą, nie ma co. Nie rozumiem, dlaczego podobny los nie spotkał Gaby Kulki, której słodziłem niedawno w recenzji „Iluzjonu” Reni Jusis. To dopiero nowa jakość, to dopiero olśnienie, to dopiero talent! Cóż, rynek muzyczny od zawsze rządził się własnymi, niepojętymi prawami.

Że Gaba jest fenomenem – temu zaprzeczyć nie zdoła. Że artystką zjawiskową – podobnie, podpisuję się pod tym obiema rękami. Nie upierałbym się natomiast przy stwierdzeniu „oryginalna” – mądrzejsi krytycy, którzy wytykają jej zanadto rzucające się w oczy (a raczej uszy) inspiracje twórczością Tori Amos, Kate Bush czy Laurie Anderson, wiedzą przecież lepiej. Na Kate i Lauren nie znam się zbyt dobrze, Tori natomiast zajmuje jedno z najbardziej honorowych miejsc w moim prywatnym panteonie, a jednak rażących podobieństw dopatrzyć się nie potrafię. Jedynego punktu wspólnego upatruję, jeśli już, w zamiłowaniu – tak Amos, jak i Kulki – do eksperymentów melodycznych i konceptualnych kompozycji. Poza tym przecież – być porównywanym do Tori to zaszczyt tak wielki, że nie znajduję nawet porównania na jego zwizualizowanie (niemoc twórcza, proszę o wybaczenie). Koniec zresztą o pani Amos – to temat na osobną monografię, nie sposób zawrzeć w kilku słowach tego, co znaczy dla mnie Jej muzyka. Tylko muzyczny dyletant nie pojmie, o czym mówię (nikomu nie ubliżając). Tym, kto naprawdę potrzebuje przedstawienia, jest Gaba Kulka, wokalistka, kompozytorka i tekściarka, której twórczość zaliczyć można do szeroko pojętej muzyki progresywnej. Jej piosenki łączą w sobie pop, jazz i rock, a wszystko to ocieka często teatralno-kabaretowym sosem. Pierwszy album „Between Miss Scylla and a Hard Place” nagrała… w swoim mieszkaniu w Warszawie, metodą DIY (do it yourself), rejestrując wszystkie partie wokalne i instrumentalne. W ten sam sposób powstała druga płyta, „Out” (2006 rok), której wytłoczenie i wydanie pochłonęło wszystkie oszczędności artystki. Pozytywne recenzje posypały się obficie, niczym prezenty z worka Świętego Mikołaja, Gabę chwalono w nich za innowacyjność, muzyczną wyobraźnię, świeżość, niespotykane na polskiej scenie brzmienie; w kilku słowach: idealny kandydat na hicior… i co? Zakończenie tego rozdziału nie jest już tak szczęśliwe – Polacy gromadnie popędzili do sklepów po… Rubika. Kto by pomyślał, że zaprzyjaźniony z prostownicą kompozytor i jego wysublimowane-inaczej krążki znajdą się na szczycie (lista najlepiej sprzedających się płyt 2006 roku wygląda tak: 1. „Psałterz wrześniowy”, 2. „Oratorium Tu Es Petrus”. 3.-4. Składanki z serii „The Best… Ever”, 5. „Rubikon” (sic!)). Mam zły humor, nie podejmę się zatem komentarza w tej sprawie…
Wracając do Gaby – przez cały czas piosenkarka włą- czała się do różnych projek- tów muzycznych. Skompo- nowała i wykonała muzykę do spektaklu „Rafalala show – Zabawy Nocą” dla Teatru Polonia, następnie pochło- nął ją romans z… heavy metalem (Gaba ze swoją kapelą, tytułującą się mianem Baaba Kulka, grała covery Iron Maiden), a podczas Festiwalu Niewinni Czarodzieje 2008 wystąpiła z zespołem Mitch&Mitch w roli Olimpii Słodycz. Przy okazji koncertowała u boku orkiestry symfonicznej, promując krążek „Out”, zremasterowany i oficjalnie wydany w 2007 roku. W ten sposób przechodzimy do historii najnowszej – do roku 2009, kiedy artystka wypuściła na rynek swoje premierowe dzieło, płytę „Hat, Rabbit” – rzecz odważną i szaloną, na której dzieje się więcej niż na wszystkich albumach pana Piotra, luminarza sacro-polo, razem wziętych.
Przy „Miasto manii”, a jeszcze bardziej na „Marii Awarii” Marii Peszek doskwierały mi teksty, w których rymy częstochowskie królowały niepodzielnie; z kolei Czesław Mozil i jego „Debiut” miały w sobie coś niepokojącego – długo nie potrafiłem rozstrzygnąć, czy jego muzyka to kabaret, pastisz, a może po prostu wynikowa oryginalnego, acz niewątpliwie dziwacznego stylu i „pokręconej” osobowości. Gaba Kulka nie budzi we mnie wątpliwości żadnej natury. Na „Hat, Rabbit” zachwyca przede wszystkim jej głos – niebanalny, obdarzony wyjątkowym feelingiem i wielką skalą. Artystka z łatwością wspina się na najwyższe rejestry, a równie sprawnie radzi sobie z niskimi tonami. Wydaje się, że dla jej wokalu nie ma rzeczy niemożliwych.

Premierowy krążek Kulki to mieszanka iście wybuchowa. Przeprawa przez wszystkie 13 piosenek, od których bije prawdziwa energia, przypomina jazdę bez trzymanki na rozpędzonym rollercoasterze. Nastrój zmienia się tutaj nagle, niczym w zadyszanym stretto, „chwackie”, singlowe „Niejasności” przechodzą w wyciszone „Aaa”, te z kolei – w jazzujące, żywcem wyjęte z piano-baru „Love me”. Po drodze przewija się też bossa nova („Bosso”), a nawet trącąca dokonaniami Freddiego Mercury’ego „Propaganda”. Być może w różnorodności właśnie tkwi siła tej płyty.
Wśród zebranych na „Hat, Rabbit” piosenek moimi szczególnymi względami cieszą się dwie: „Aaa” i „Lady Celeste”. W pierwszej jedyny akompaniament dla głosów Kulki i gościnnie występującego w utworze Czesława Mozila (który w zestawieniu z pierwszoplanową bohaterką albumu nie wydaje się już tak fantastyczny) stanowi fortepian. Prawdopodobnie z powodu tak skromnego instrumentarium dopiero tutaj słychać, jak znakomitą pianistką jest Gaba. W „Lady Celeste”, niespokojnej balladzie, która najlepiej wypada w intymnych, klubowych wnętrzach, zaaranżowana na modłę rockową, za partie skrzypiec odpowiada ojciec wokalistki, znany instrumentalista Konstanty Andrzej Kulka. To pewne, talent jest w tej rodzinie dziedziczny. A jeśli tak, liczę, że Kulka dorobi się prędko gromadki dzieci – kiedy dorosną, polski przemysł fonograficzny będzie miał się już zupełnie dobrze.
Więcej słów nie potrzeba. Powiem krótko: pani Gabrielo, chapeau bas!