Kanały:
Wpisy
Komentarze

Swoją nową płytą Ania Dąbrowska udowadnia, że muzyka filmowa to nie tylko monumentalne, epickie dzieła na orkiestrę symfoniczną, ale również kultowe – niejednokrotnie – piosenki.

Zamysł był prosty: zebrać kilka ukochanych tematów artystki i nagrać je na nowo, po swojemu, w zmienionej aranżacji i przy szerszym niż kiedykolwiek wsparciu instrumentalistów. Tak powstał krążek „Ania Movie”, zbiór 9 utworów, znanych ze ścieżek dźwiękowych do takich filmów, jak „Kill Bill”, „Był sobie chłopiec”, a nawet… pornograficznego obrazu „Głębokie gardło 2”. Piosenkarka mierzy się na nim z piosenkami, które pod względem stylistycznym i czasowym dzieli spora odległość; na warsztat bierze m.in. folkowe „Everybody’s Talkin’” Harry’ego Nielssona, funkowe „Give Me Your Love” Curtisa Mayfielda, gitarowe „Suicide Is Painless” zespołu Manic Street Preachers czy psychodeliczne „Strawberry Fields Forever” Beatlesów. Dąbrowska śpiewa je, najkrócej mówiąc, inaczej, czym ustrzeże się, ani chybi, przed pretensjami muzycznych purystów.

Na „Ania Movie” nie znajdziemy odtwórczych, w miarę równo odśpiewanych wersji starych piosenek. Przeciwnie – każdą z nich wokalistka dostosowuje do własnej estetyki, proponując odmienne formy i rozwiązania aranżacyjne – mniej lub bardziej zaskakujące. Premierowe wydawnictwo wyznacza nowy kierunek w jej karierze. Artystka zrywa z brzmieniami retro; klimatycznie zbliża się raczej do muzyki z lat 60. i 70., skwapliwie okraszanej szlachetnymi tembrami klawiszy z dawnych czasów – Hammonda, Rhodesa czy klawinetu. Towarzyszy jej przy tym niemal bigbandowy skład, spośród którego szczególnie interesująco prezentują się trębacz Dominik Trębski i saksofonista Tomasz Duda.

Na „Kilku historiach na ten sam temat” czy „W spodniach czy w sukience” to Dąbrowska była najważniejszą bohaterką albumu. Tutaj jest inaczej. Artystka pozostawia wiele przestrzeni instrumentalistom z zespołu, którzy najpiękniejszy, bodajże, popis dają w „Silent Sigh”, przeszło ośmiominutowej, oldschoolowej perełce, stylistycznie sytuującej się między indie rockiem a jangle popem. Nowa interpretacja piosenki Badly Drawn Boy, z początku rozwijająca się leniwie, w rozlewnie wzbierającym, ekstatycznym crescendo, stopniowo wyzwala coraz większe pokłady energii, dając dowód ponadprzeciętnemu talentowi muzyków, a przede wszystkim wybornym warunkom wokalnym Dąbrowskiej, która od partii niespełna szeptanych przechodzi do emocjonalnych okrzyków w końcówce.

Nie ma na „Ania Movie” słabszych momentów. Obok wspomnianego „Silent Sigh” ogromne wrażenie robi też otwierające album płomienne „Bang Bang” z kapitalną perkusją i sekcją dętą; subtelne „Deeper and Deeper” z wyśmienitymi, wyśpiewanymi forte refrenami; czy, wreszcie, „Suicide Is Painless”, pierwotnie rockowe, przearanżowane na piękną balladę z kunsztowną, wyłaniającą się w brzmieniach smyków kodą.

Zakończę krótko: tak trzymać!

Jeśli przyjrzeć się polskiej beletrystyce podróżniczej z ostatnich lat, a nawet dziesięcioleci, nietrudno zauważyć, że największym zainteresowaniem naszych rodzimych prozaików cieszy się Afryka. Pisał już o niej u progu XX wieku Henryk Sienkiewicz, który, szukając ucieczki od obrzydłej codzienności, wyruszył tam na wyprawę myśliwską, zrelacjonowaną w cyklu korespondencji. Przeszło 30 lat później na pieszą i rowerową przeprawę przez Czarny Ląd porwał się Kazimierz Nowak. Jego zapiski z podróży nazywane są dzisiaj klasyką reportażu. Co więcej – Afryka zajmuje szczególne miejsce w pisarstwie Ryszarda Kapuścińskiego, który trawiącym ją problemom poświęcił w swoich książkach setki stron. Dla wielu galeria najciekawszych postaci polskiej literatury piszących o Afryce zamyka się w tych trzech nazwiskach. Jak się okazuje, na honorowe miejsce w tym gronie zasługuje ktoś jeszcze: Marcin Kydryński. Ten ceniony dziennikarz radiowy dał dowód swojego pisarskiego talentu w postaci pięknej relacji z podróży zatytułowanej „Chwila przed zmierzchem”. Książka, wydana przed piętnastoma laty, jest dziś prawdziwym wydawniczym rarytasem.

Historia Kydryńskiego miała swój początek w dziecięcym marzeniu o wycieczce na Przylądek Dobrej Nadziei. Kiedy rodzice powiesili nad jego łóżkiem mapę świata, mały Marcin, czytający już bez kłopotu, uznał, że nie istnieje na ziemi miejsce, które potrafi przyciągnąć równie silnie samą magią i urodą swej nazwy. Opowieści ojca o bujnej zieleni i egzotycznych zwierzętach, zachłannie pochłaniane książki o wędrówkach po afrykańskim kontynencie czy w końcu fotograficzne relacje z dalekich wojaży sprawiły, że z czasem to zrodzone w głowie trzylatka pragnienie tylko nabrało na sile. W 1993 roku Kydryński postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i zrealizować wieloletnie marzenie. W grudniu, w towarzystwie czwórki przyjaciół, wylądował na lotnisku w Kairze. Tak rozpoczęła się jego półroczna podróż przez pustynne równiny, dzikie, wyschnięte stepy, gęste, niebezpieczne dżungle i tropikalne lasy deszczowe…

Gatunkowe zaklasyfikowanie książki Kydryńskiego nastręcza pewnych trudności. „Chwila przed zmierzchem” to zbiór kilkunastu obrazków, często luźno ze sobą powiązanych. Niekiedy przybierają one formę dziennika; innym razem jawią się jako reportaż, esej, szkic historyczno-polityczny, a nawet przewodnik turystyczny. Znajdziemy tu zatem zarówno barwne, plastyczne opisy, przybliżające czytelnikowi urodę afrykańskiej ziemi, jak i globtroterskie porady i wskazówki; historiozoficzne ustępy niezbędne do zrozumienia kontekstu; czy – w końcu – filozoficzne refleksje i obszerne diagnozy na przyszłość, która w Afryce zdaje się ideą po tysiąckroć bardziej abstrakcyjną niż na naszej szerokości geograficznej.

Chwila przed zmierzchem” układa się w pasjonującą opowieść o dorastaniu, doskonale realizując literacki topos drogi, jak również romantyczną koncepcję istoty „stającej się”. Podczas wielomiesięcznej podróży Kydryńskiemu objawia się nowa perspektywa, pomagająca zrozumieć, co jest ważne, a co mniej. Spotkani w różnych zakątkach kontynentu ludzie stają się dla niego nauczycielami życia, otwierającymi oczy na nowe prawdy i przestrzenie postrzegania. I tak: Vera, studentka historii sztuki z Kolonii, uświadamia mu, że człowiek jest panem swojego losu, a umiłowanie zbytku nie przybliży nikogo do zrozumienia istoty rzeczy; Romek, wieczny wędrownik, uczy go, że nie należy przywiązywać się do przedmiotów, bo wszystko, co ważne, trzeba nosić w sobie; a Andrew Wilson, Kanadyjczyk rozmiłowany w ryzykownych podróżach – że pragnienie utrwalenia chwili to kotwica, która więzi szczęście. Prawdziwą skarbnicą życiowej mądrości jest też dla dziennikarza „Pożegnanie z Afryką”, autobiograficzna powieść Karen Blixen, która uświadcza go w przekonaniu, że wtedy tylko możemy w pełni cieszyć się chwilą, kiedy przestaniemy być więźniami własnej radości życia.

Książka Kydryńskiego nie odznacza się stylistyczną jednorodnością. Czynnikiem warunkującym język poszczególnych fragmentów zdaje się tutaj nastrój autora; jego stan ducha towarzyszący przywoływaniu różnorakich, bywa, że koszmarnych wspomnień. Kydryński wspominający soczystą zieleń lasów tropikalnych, rozczulony widokiem fotografii zachodzącego nad oceanem słońca przypomina poetę, odmalowującego piękno krajobrazu z nieuniknioną emfazą. Powrót pamięcią do poruszających obrazów chorych dzieci, ich umierających rodziców, brudnych szpitali zbliżonych standardem do XVI-wiecznych europejskich placówek leczniczych czy wszechobecnej nędzy zmienia go – z kolei – w naturalistę, niestroniącego od turpistycznych opisów, portretującego rzeczywistość z niezmienną dbałością o jak najwierniejsze oddanie detalu, jakkolwiek byłby on drastyczny i odrażający. Naruszenia ciągłości rejestru stylistycznego nie uznałbym, mimo wszystko, za zarzut. Ta językowa „nierówność” czyni „Chwilę przed zmierzchem” nie tylko różnorodną, ale przede wszystkim autentyczną emocjonalnie.

Kydryński, jako narrator, a zarazem główny bohater książki, wydaje się bardzo ludzki. Dziennikarz nie kreuje się na Indianę Jonesa, hardego podróżnika i odkrywcę, któremu żadne niebezpieczeństwo niestraszne. Przeciwnie – o swoich lękach i zwątpieniach opowiada otwarcie i często, dając wyraz swojej olbrzymiej wrażliwości. Ta uczciwość wobec czytelnika, nieprzymuszone przyznanie się do własnych słabości wiele mówią o jego poszanowaniu dla prawdy i reporterskich kanonów rzetelności. Kydryńskiego nie interesują plotki, wyssane z palca rewelacje. Faktograficzna precyzja i bezkompromisowe dążenie do pełnego ujawnienia prawdy historycznej każe mu wręcz podać w wątpliwość słowa własnego mentora Ryszarda Kapuścińskiego, którego Etiopczycy uznają za kłamcę i wroga. „Powiadali [etiopscy rastamanie] (…), że w żaden sposób nie mógł Kapuściński spotkać się z osobami, które wymienia w swej książce jako informatorów, wszyscy bowiem byli już albo martwi, albo uwięzieni” – pisze dziennikarz. Jego dzieło wchodzi tym samym w dyskurs z „Cesarzem”, dając niezbity dowód na to, że literatura faktu nie zawsze jest wolna od konfabulacji.

Pomimo różnic Kydryński i Kapuściński mają podobne spojrzenie na historię Afryki: przybiera ona dla nich kształt krwawego kręgu. „Czasem sądzę, że nie będzie tam jutra” – możemy przeczytać we wstępie do „Chwili przed zmierzchem”. To zdanie jest dla mnie najkrótszym streszczeniem ponurej prognozy na przyszłość, którą autor stawia na kartach tej książki wielokrotnie. Geograficznie Czarny Ląd zdaje mu się rajem na ziemi, cudem natury, arcydziełem tak dalece doskonałym, że próba ujęcia w słowa jego magii wydaje się niczym więcej, jak tylko próżnym wysiłkiem. Niemniej – Afryka to nie tylko piękno krajobrazu; to przede wszystkim wojna, głód, epidemie i bezbrzeżna nędza. Niewielu dożyje tam sędziwego wieku. Jeśli nie wykończy ich AIDS, umrą z niedożywienia. Jeśli szczęśliwie nie zabraknie im strawy, zginą w krwawych plemiennych walkach. Kydryński nie widzi nadziei na lepsze jutro, jego słowa brzmią jak przepowiednia tragicznego końca Afryki. Jak w Szekspirowskim „Tytusie Andronikusie” – „nikt nie wyjdzie żywy” – mówi.

Nie ma w jego pesymizmie nic z przesady, nieuzasadnionego czarnowidztwa. Gdyby „Chwilę przed zmierzchem” ukrócić o wszelkie autorskie komentarze, pozostawiając wyłącznie zaprezentowaną przez Kydryńskiego warstwę faktograficzną, czytelnik sam dojdzie do podobnych, defetystycznych wniosków. Afryka dąży ku samozagładzie. Największą autodestrukcyjną siłę stanowią jej mieszkańcy, niezdolni do sprawowania mądrych rządów, ślepo wierzący w absurdalne zabobony, które każą im porywać i mordować białe niemowlęta czy też polować na najrzadsze gatunki zwierząt, aby zapewnić sobie przychylność bogów. Aby dociec tej gorzkiej prawdy, Czarny Ląd trzeba oglądać z bliska – nie z okien opancerzonego turystycznego autobusu, a tym bardziej w telewizji. We współczesnym, liberalnym świecie, gdzie przeciwników równouprawnienia, jako mało postępowych, przestaje się traktować poważnie, wiedza o Afryce jest znikoma. Telewizja i prasa wychowują odbiorców w ignorancji, wykazując tendencję do upraszczania spraw, wyciągania pochopnych wniosków czy formułowania prawd opartych na niepełnych informacjach. Potępiamy kolonializm oraz wszelkie próby wprowadzenia białej dominacji, bo tego uczą nas media, które, co udowadnia Kydryński, nie zawsze powinny być dla nas nieomylną wyrocznią. W Afryce – na kontynencie, który wygrał prawo do samostanowienia – każdego dnia rozgrywają się sceny dantejskie. W ciągu 17 lat rządów Mengistu Hajle Mariama w Etiopii umarło z głodu ponad milion osób. W 1994 r. w czasie trwającej w Ruandzie wojny tylko w trzy pierwsze miesiące walk zginęło 500 000 cywilów. Kto opowiada się za ideą Afryki wyłącznie dla Afrykanów, ten – jak pisze Kydryński – „nie widzi zazwyczaj płonących opon na zwłokach Zulusów, po kolejnym starciu z wojownikami Khosa. (…) Nie ogląda zmasakrowanych szczątków białych dzieci, których oczy, wątroby i serca służą czarnym szamanom do przyrządzania magicznych wywarów. (…) Każdy, kto chce mówić głośno o (…) Afryce, musi przylecieć do Kinszasy, miasta bez prawa, bez rządu, bez zasad, bez szans. (…) Niech zobaczy Addis Abebę, wielki, gnijący slums, w którym ostatnia konstruktywna praca dokonała się za czasów Hajle Sellasje. Niech odwiedzi Ruandę i Burundi, torując sobie drogę przez zwały niepogrzebanych, okrutnie zmasakrowanych ciał. (…) Niech trafi do afrykańskiego szpitala”.

Nie tylko podróż do Afryki, lecz również książka Kydryńskiego objawia nową perspektywę. W „Chwili przed zmierzchem” znalazło się miejsce na zachwyt nad pięknem egzotycznej przyrody, a równocześnie – na ponure refleksje, zwiastujące tragiczny koniec Czarnego Lądu. Być może w tym właśnie tkwi największa wartość tego dzieła – Kydryński odmalowuje Afrykę w całej jej różnorodności, z fotograficzną niemal dokładnością, dowodząc, że to kontynent pełen sprzeczności, na którym, jak w malarskiej technice sfumato, jasne i ciemne płaszczyzny pozostają ze sobą w bezpośredniej bliskości; przechodzą z jednych w drugie…

„Listy Julii”, premierowe wydawnictwo Katarzyny Groniec, jest kolejnym dowodem jej niezwykłych wokalnych umiejętności. Nigdy wcześniej polska piosenka aktorska nie lśniła takim blaskiem!

Podług romantycznej legendy sprzed paru wieków Julia Capuletti spoczęła w podziemiach kościółka św. Franciszka przy via Shakespeare w Weronie. Już od początku XVII wieku miejsce to odwiedzali sławni podróżnicy i artyści, a wśród nich – sam George Byron. W 1937 roku, na zlecenie kuratora werońskich muzeów Antonio Aveny, stanął tam pusty sarkofag z różowego marmuru, identyfikowany z pochówkiem Szekspirowskiej bohaterki. Krótko potem stróż grobu Ettore Solinami otrzymał dziwny list, zaadresowany po prostu: „Giulietta, Verona”. Urzeczony pięknym stylem i wzruszającą treścią, postanowił na niego bezzwłocznie odpisać. Podobna korespondencja spłynęła na jego ręce jeszcze wiele razy. Już od 70 lat nieszczęśliwie zakochani i dręczeni miłosnymi rozterkami każdego roku wysyłają do „Julii” dziesiątki tysięcy listów.

W 1993 roku ta sentymentalna werońska tradycja zainspirowała Elvisa Costello, 40-letniego wówczas awangardowego muzyka rockowego. Tak powstał album „The Juliett Letters”, nagrany przy akompaniamencie smyczkowego The Brodsky Quartet, ubrany w formę współczesnej muzyki poważnej o ascetycznej i agresywnej liryce. Tekstowo płyta Costello stanowiła zbiór wierszy, stylizowanych na listy, których bohaterowie, miotani silnymi emocjami, rozprawiają o różnych rodzajach miłości. Wyrafinowana i trudna w odbiorze, nie odniosła wielkiego sukcesu komercyjnego; dzisiaj pamiętają ją już chyba tylko najwięksi fani muzyka.

Po 16 latach „Listy Julii” trafiają w nasze ręce raz jeszcze. Tym razem – za sprawą Katarzyny Groniec, utalentowanej wokalistki, zdobywczyni Grand Prix wrocławskiego Festiwalu Piosenki Aktorskiej z 1997 roku, która zapomniany album Costello odsłania polskim słuchaczom w nowej, odświeżonej wersji, odrzucając stanowczo surowy klimat pierwowzoru.

Nowa płyta Groniec to prawdziwa emocjonalna bomba, eksplodująca nieprzerwanie tysiącami odłamków, przybierających postać gorzkich opowieści z życia pozornie obcych sobie ludzi. Jest wśród nich zdradzona kobieta, w której niewierność męża obudziła potwory nieufności; dziecko borykające się z rozwodem rodziców; alkoholik z własną, zaskakująco trzeźwą diagnozą współczesności; czy wreszcie dziewczyna – z nadzieją wyczekująca happy endu swojej miłosnej historii. Ich uczuciowe poruszenie Groniec odrysowuje po mistrzowsku. Żonglerka nastrojem i klimatem, przemieszanie stylów i konwencji, dynamiczne kontrasty i zerwanie z zasadą decorum to jedne z najbardziej znamiennych cech tej płyty.

Groniec śpiewa o nieszczęśliwej miłości w niespotykany sposób. Przede wszystkim – oddaje głos swoim bohaterom, często poniżonym i rozjuszonym. Ich wyznania w niczym nie przypominają uładzonych, poetyckich tekstów o odtrąconym uczuciu. Nie znajdziemy tu przemyślanych, wzniosłych fraz; przeciwnie, „Listy Julii” obfitują w agresywne wiązanki, a nawet wulgarne wyzwiska, ciskane w złości we wszystkich kierunkach. Tym szczersze wydają się przez to teksty piosenek, samodzielnie zresztą przez Groniec przetłumaczone.

Nowy album artystki urzeka różnorodnością i techniczną maestrią, przewyższając swój znakomity pierwowzór pod każdym względem. Interpretacje Groniec to prawdziwe arcydzieło wokalistyki. Piosenkarka szokuje, wzrusza i bawi, a w barwną galerię przedstawionych na płycie postaci wciela się z ujmującą aktorską lekkością. Zachwycają ponadto aranżacje Łukasza Damrycha i Tomasza Kasiukiewicza, występujących tu także w rolach pianisty i puzonisty. Partie ich instrumentów doskonale wpisują się w klimat całości, a zarazem czynią to wielkie dzieło jeszcze bardziej wyjątkowym.

Brawo!

..:U źródeł muzyki ladino:..

Kiedy cztery lata temu Yasmin Levy wydała swoją pierwszą płytę, „La Juderia”, szybko stało się jasne, że światu world music przybędzie wkrótce nowa gwiazda. Ostatnie dzieło Izraelki, „Sentir”, dowodzi wyraźnie, że przewidywania krytyków w tym względzie były jak najbardziej trafne.

Na swoim premierowym wydawnictwie wokalistka po raz kolejny zabiera nas w podróż po Iberii, śladem Żydów sefardyjskich, wygnanych z Hiszpanii w 1492 roku. Jej muzyka nadal zaskakuje, głos – w dalszym ciągu czaruje, przy czym nowe utwory to swoiste świadectwo przemian, które zdają się nieuniknione, kiedy artysta zbacza z raz obranej ścieżki. Yasmin nie zadowala się prostymi rozwiązaniami, eksperymentuje, podejmuje ryzyko, poszukuje nowych sposobów wyrazu, w czym dobitnie przypomina muzyka jazzowego. Jazz pobrzękiwał już zresztą nieśmiało na jej poprzedniej płycie; na premierowym albumie Izraelki jest go nawet więcej. Problem w tym, że… niesłusznie.

0000596412_350

Nie chcę, by zrozumiano mnie opacznie. „Sentir” to dzieło wyjątkowe, którego słucha się z prawdziwą przyjemnością. Jednocześnie – to rzecz, najprościej mówiąc, inna niż wszystko to, co wokalistka do tej pory wydała; inne, bo już nie tak egzotyczne, tymczasem egzotyka właśnie urzeka mnie na płytach Yasmin najmocniej. Daleko mi do purysty, uwielbiam, kiedy w piosenkach ścierają się ze sobą różne, najchętniej bardzo odległe kultury. Nie tak dawno zachwycałem się przecież średniowiecznymi pieśniami ladino z „Mano Suave”, w których tradycyjna muzyka sefardyjska przenika się z arabską melodyką, a chwilami zbliża się nawet do jazzu. I chociaż mój entuzjazm dla muzyki improwizowanej nabiera na sile z każdą nową płytą moich ulubieńców, by wspomnieć tylko niektórych – Leszka Możdżera, Larsa Danielssona czy Tomasz Stańkę, to opowiadam się, mimo wszystko, za wyważeniem.

Że jazz i muzyka etniczna potrafią współbrzmieć przepięknie, udowodniła już przed trzema laty Anna Maria Jopek. Na „ID”, jej ostatniej studyjnej płycie, mnogość poetyk i muzycznych tradycji, do których sięgnęła (słychać tu m.in. jazz chłodnej Północy, muzykę afrykańską i azjatycką czy brazylijską bossa novę), sprawia jednak, że sprzężenie równie odrębnych estetyk w jedną całość nie tylko nie razi, ale wręcz daje słuchaczowi poczucie obcowania z dziełem wybitnym, porażającym bogactwem barw i różnorodnych, skrajnie odległych wrażliwości. Stylistyka, w której porusza się Yasmin, nie sięga (nie)stety tak daleko. Jej granice wyznaczają dwa punkty na mapie świata – Półwysep Iberyjski, z flamenco i muzyką ladino, oraz szeroko pojęty Bliski Wschód. Nie twierdzę, że jazz nie jest w tym „towarzystwie” mile widziany; jak we wszystkim jednak – potrzeba rozwagi, bo o przesyt nietrudno.

yse

W przypadku „Sentir” ubolewam zwłaszcza nad uszczupleniem orientalnego instrumentarium, które na poprzednich płytach artystki w sposób szczególny determinowało eteryczny charakter całości. Egzotycznych instrumentów nie ma tu już prawie wcale – pozostała gitara flamenco i flet Ney, w paru utworach słychać też buzuki z Azji Środkowej; w miejsce pozostałych pojawiły się: kontrabas, trąbka, perkusja, keyboard i wszechobecny fortepian Sonny’ego Passosa, instrumentalisty niewątpliwie wyjątkowego, którego solówki to istne arcydzieło pianistyki. Niektóre z nich, jak synkopowe przejścia między kolejnymi liniami wokalu Yasmin w otwierającym płytę „Mi Korason”, wydają mi się absolutnie konieczne – bez nich „Sentir” straciłby wyraźnie na bogactwie brzmienia; inne – są niejako zbędne z racji nieprzystawalności świata muzyki improwizowanej do prezentowanej przez artystkę stylistyki.

By porzucić w końcu utyskiwania na muzyczne wybory piosenkarki, skupmy się na niezaprzeczalnych atutach albumu, wśród których największym jawi się oczywiście sama Yasmin i jej wokal, nieprzypominający w niczym uładzonego śpiewu europejskich spadkobierców stylu Bel canto, a raczej archaiczną tradycję białych głosów i nosowych wibracji. Na nowej płycie artystka zdaje się jeszcze bardziej ekspresywna. Tęskne zaśpiewy, oparte na skomplikowanych liniach melodycznych i zachwycających melizmatach, doskonale oddają klimat utworów, opowiadających – jak przyznała Izraelka – o miłości i utracie, nierozerwalnie ze sobą związanych, o czym każe  już sądzić jej emocjonalne zaangażowanie w przekazanie wyłożonych w tekstach rzewnych historii. Smutek i melancholia, pobrzękujące w głosie Yasmin, oddają rozpacz odrzuconego kochanka trafniej niż jakiekolwiek słowa. Niezwykle sugestywnie brzmią też krzyczane, neurasteniczne partie wokalu („El Amor Contigo”, „La Hija de Juan Simon”), poszerzające spektrum zaakcentowanych na „Sentir” emocji o gniew, wzburzenie i uczuciowe poruszenie.

ART_NP_levy_081905

Głos piosenkarki brzmi szczególnie przejmująco w inspirowanym muzyką flamenco „Porque”, duecie artystki z grecką pieśniarką Elani Vitaly, i w sefardyjskiej balladzie „Una Pastora” („Pasterka”). Do jej nagrania wykorzystano taśmę sprzed 35 lat, na której „Pasterkę” wykonuje ojciec wokalistki, nieżyjący już Izaak Levy. Ten czołowy izraelski muzykolog przez całe życie rejestrował i komentował pieśni ladino, tak świeckie, jak i sakralne, by zachować je w niezmienionym kształcie dla potomności. To dzięki niemu kultura ladino przeżywa dzisiaj swój spóźniony renesans.

Moje narzekania z początkowych ustępów mogłyby sugerować, że Yasmin odżegnuje się stanowczo od obranej na początku kariery drogi – nic podobnego! „Sentir” jest kolejnym dowodem na to, że artystka nie ustaje w próbach stworzenia płaszczyzny porozumienia dla Wschodu i Zachodu, przeszłości i teraźniejszości. Na jej najnowszej płycie pieśni Żydów sefardyjskich spotykają się z andaluzyjskim flamenco, a judeo-hiszpańskie ballady i modlitwy – z muzyką mauretańską. Co więcej – producent albumu Javier Limon nadał wszystkiemu jazzowe zabarwienie, tworząc z „Sentir” prawdziwy amalgamat tradycji i estetyk. Znalazło się w nim nawet miejsce na przepiękną interpretację sztandarowego utworu Leonarda Cohena „Hallelujah”, utrzymaną w atmosferze synagogowej inkantacji! Również z takich wyzwań artystka wychodzi obronną ręką.

Muzyka ladino to jedna z najbardziej poruszających tradycji kulturowych wszystkich czasów. Miejmy nadzieję, że z każdą następną płytą Yasmin Levy będzie odsłaniać przed nami kolejne składniki jej nadzwyczajnego uroku.

Doczekaliśmy się: po 6 latach Kayah wydała nareszcie  premierową, autorską płytę. Intymna, nostalgiczna „Skała” to jedno z najbardziej dojrzałych dzieł artystki.

Odkąd pamiętam, polska muzyka była mi szczególnie bliska. Nie upatrywałbym w tym symptomów patriotyzmu, a raczej uwielbienia dla naszej rodzimej wrażliwości, sposobu frazowania, feelingu, a nade wszystko języka, w którym emocje można chyba wyrazić najpiękniej. Słuchając polskich produkcji, myślę sobie często: „Trzeba to pokazać za granicą!”. Ciężko mi pogodzić się z faktem, że tak mało liczymy się na świecie, mimo że powstają w naszym kraju rzeczy bezsprzecznie niezwykłe – jak choćby „Skała”.

z6989044X

Nowa płyta Kayah zachwyca od pierwszego przesłuchania. Dużo mówi o niej już okładka, na której twarz artystki jest jedynym jasnym punktem wśród rozlewającej się zewsząd czerni; a jeśli czerń – to mrok, tajemnica czy smutek, ale także, zgodnie ze współczesną symboliką, tradycja i nowoczesność zarazem. „Skała” to album na wskroś przejmujący, chwilami mroczny, na którym coraz to pobrzękują echa melancholii. Wzruszające teksty, obfite w życiowe prawdy, wyrażone prostymi słowami, pozbawione nieznośnego moraliza- torstwa, dodatkowo ten gorzki klimat potęgują. Zdarzają się tu chwile rozpogodzeń, jasnych kompozycyjnie i tekstowo momentów, przełamujących na parę minut wyraźnie rzewliwy nastrój całości, jednak smutek i atmosfera braku, utraty zdają się tu swego rodzaju myślą przewodnią; centralnym motywem.

Kayah, choć długo kazała na siebie czekać, stworzyła płytę mądrą i dojrzałą,  nieschlebiającą masowym gustom. Po mniej lub bardziej poważnych romansach artystki z komercją trafia w nasze ręce krążek z muzyką wymagającą, zupełnie nieradiową. Nie ma tu murowanych  kandydatów na przebój, przeważają klasyczne,  anachroniczne i, bywa, staromodne  brzmienia, stylizowane choćby na kultowego Marvina Gaya, które, jakkolwiek Kayah okrasza je  niekiedy szczyptą elektroniki, urzekają oszczędnością brzmienia i  niezaprzeczalną emocjonalną głębią.  Artystka  wystrzegała się  technicznych nowinek, stawiając na  akustyczne dźwięki i „żywe” instrumenty. Stąd – „Skała” powstawała głównie w studiu nagraniowym w obecności licznych (w nagraniu „Nie chcę niczego więcej” wzięło udział ponad 30 pań!) muzyków o różnej wrażliwości i głowach pełnych pomysłów. Byli wśród nich cenieni profesjonaliści, jak pianista Jan Smoczyński czy zewnętrzny doradca Andrzej Smolik, ale też nowicjusze, „świeża krew”, z dwoma uczestnikami „Fabryki gwiazd” na czele. Jak się okazuje, takie połączenie wcale nie musi się kłócić.

jjBDR_8198

Skała”, reprezentująca ambitny, dojrzały pop, zbliża się gatunkowo do muzyki improwizowanej, choć brakuje jej z pewnością jazzowej esencji. Chwilami pobrzmiewa na niej też soul czy r’n’b, jednak prym wiodą tu zdecydowanie ballady, w pełni ujawniające kompozytorski i wykonawczy kunszt Kayah. Mocnym punktem albumu są też niebanalne, bardzo emocjonalne teksty, napisane przez samą piosenkarkę. Artystka, która inspirowała się m.in. wierszami Wisławy Szymborskiej czy Małgorzaty Hillar, sama stworzyła ujmującą poezję. Pojawiają się w niej co prawda zgrzyty, jak niefortunna zbitka „dlatego więc” w „Diamentach”,  jednak, wobec bezwzględnie zachwycającej zawartości krążka, można na to przymknąć oko. A jeśli już mowa o drobnych uchybieniach, to zboczenie zawodowe każe mi zaprotestować, kiedy,  również w „Diamentach”, Kayah i chórzystki wyśpiewują – pięknie, bo pięknie – „diamonds are forever”, opuszczając wszystkie „r”, choć tylko w dwóch przypadkach jest to uzasadnione. Tyle złego mogę powiedzieć o „Skale”.

2d1bc7370ceaf1f37cdefca0882ce1d5,35,1

Od strony kompozycyjnej najmocniej urzekają mnie liryczne fragmenty albumu z prostymi, nieudziwnionymi aranżami, przepiękną linią basu („Marianna (z Gałczyńskich)”) czy świetliście brzmiącym fortepianem. Balladowa Kayah nie wieje optymizmem, w opowiedzianych przez nią historiach pojawiają się łzy, strach, rozpacz, samotność, przekazane w sposób tak szczery, że czuć je niemal w rozedrganym przez dźwięki powietrzu. Uwielbiam taką stylistykę; sztuka, a w szczególności muzyka i literatura, jest dla mnie dziedziną, w której niejako z wytęsknieniem wypatruję rzewnych fraz i tematów. Na „Skale” smutku jest pod dostatkiem, co sprawia, że jest mi ona wyjątkowa bliska.

Nowa płyta Kayah zaostrzyła tylko mój apetyt na premierową muzykę artystki. Plany są ambitne. Piosenkarka od lat przygotowuje się do wydania płyty z world music, na której mieliby wystąpić muzycy z Czarnego Lądu. Trzymajmy kciuki!

Nie jestem dobrym krytykiem. Muzyka zachwyca mnie jedynie okazjonalnie, tymczasem nie mam serca  gromić artystów wyłącznie z tego powodu, że trudno mi dogodzić – za duży mam dla nich szacunek, w końcu napisać piosenkę, nie wspominając o całej płycie, to sztuka nie lada. Nie mówię oczywiście o chłamie, ślepo lansowanym przez polskich DJ’ów, a o prawdziwych perełkach, które – jakkolwiek z rzadka powalają mnie na kolana – bezsprzecznie powstają; nie sposób wnioskować inaczej wobec mnożących się pochlebnych opinii poważnych dziennikarzy muzycznych. Jestem okropnie wybredny. Niedobra to cecha w moim zawodzie; czuję, że będę w swoich recenzjach zrzędzić niemiłosiernie, pozwalając sobie na 2-3 zdania uniesienia z racji zupełnie porywającego niuansu kompozycyjnego w za krótkim, niestety, bridge’u lub też genialnej partii basu, a jeśli dopisze szczęście (pytanie: mi czy artyście?) – oszałamiającego refrenu w jednej z piosenek.

Poza tym narażam się co poniektórym poprzez nagminne wykorzystanie funkcji metakrytycznej. Jakże nieznośne muszą być ustępy dotyczące moich recenzenckich rozterek i towarzyszące im zazwyczaj przemyślenia większej czy mniejszej wagi dla ludzi, którzy wchodzą na tę stronę, żeby poczytać o muzyce. Obiecuję poprawę, tymczasem potraktujmy ten artykuł jako swobodną recenzję o cechach felietonu. Taka forma podyktowana została moim olbrzymim rozczarowaniem tegorocznymi, wakacyjnymi premierami płytowymi – stąd smutna konstatacja z początku. Szczęśliwie muzyczny sezon ogórkowy ma się już ku końcowi…

Wracając do meritum – mogę wymienić zaledwie garstkę artystów, których każda kolejna płyta to, jak dla mnie, twór idealny, wypełniony muzyką najwyższej próby. Jednym z nich jest Yasmin Levy, izraelska pieśniarka pielęgnująca pamięć o muzyce ladino, unikalnej spuściźnie Żydów sefardyjskich. Za niecały miesiąc w sklepach pojawi się jej nowa płyta. Niech stanie się to dzisiaj pretekstem do dyskusji o jej poprzednim, wielkim dziele.

Imagen

Mano Suave” z 2007 roku to jedno z moich najważniejszych muzycznych odkryć. Kiedy Yasmin otwiera usta – ja zamieram w zachwycie. Mógłbym godzinami rozprawiać o jej niesamowitym głosie, mnożąc przy tym przymiotniki, które za każdym razem nieudolnie tylko oddawałyby jego urodę. Pytanie: po co? Nie o wszystkim da się napisać, wiele trzeba po prostu przeżyć, nawet jeśli próba zdefiniowana towarzyszących naszym odkryciom impresji jest z góry skazana na niepowodzenie. Język zbyt ciasny, by pomieścić w nim właściwe sensy, emocje wzbraniające się przed werbalizacją – to poniekąd klęska recenzenta, dla którego słowo to nieodzowny i, co tu dużo mówić, jedyny oręż. Krytyka przyrównałbym z tego powodu do ślepca, który wobec wiecznych ciemności zalegających mu przed oczami błądzi po omacku i przedziera się niepewnie przez gąszcz znajomych lub całkiem obcych przedmiotów, aby wreszcie dotrzeć do celu, polegając wyłącznie na własnej intuicji bądź zawierzając nieznanym, pomocnym dłoniom. Podobnie krytyk błąka się w poszukiwaniu trafnych fraz i treści, zdając się jedynie na instynkt lub też szukając aprobaty dla swoich językowych wyborów w innych, niekoniecznie dziennikarskich tekstach.

Do rzeczy jednak – w wokalu Yasmin w sposób szczególny urzeka mnie pewien smutek i melancholia, obecne we wszystkich wyśpiewanych przez nią dźwiękach. Niejednokrotnie pobrzękują w nim też ból i tęsknota, nadające całości wyjątkowy rodzaj emocjonalności. Ta ekspresywność jest dla mnie tym bardziej ważna, że wobec bariery językowej jedynie głos artystki może dać mi pojęcie o emocjach zaakcentowanych w tekstach piosenek.

bez tytułu

Na „Mano Suave” dzieje się co więcej wszystko to, co wyjątkowo pociąga mnie w muzyce: obce kultury spotykają się i przenikają, konwencje zostają przełamane, żywiołowe hiszpańskie flamenco, podszyte tajemniczą środkowowschodnią melodyką, pojawia się obok śródziemnomorskich brzmień przemieszanych z arabską rytmiką, a w średniowiecznych  pieśniach ladino podźwiękują wpływy tureckie… Egzotyka w takim wydaniu smakuje wybornie.

Wyrafinowany, orientalny nastrój tej płyty to także zasługa bogatego instrumentarium. Na „Mano Suave” słychać darabukę, arabski membranofon; potężnie brzmiący duduk, pochodzący z Armenii jeden z najstarszych instrumentów dętych; oud; qanun, 72-strunową cytrę, wykorzystywaną w tradycyjnej muzyce Bliskiego Wschodu opartej na szczególnym wzorcu melodycznym religijnej muzyki arabskiej (makam); gitarę flamenco; lirę pontyjską; turecki flet Ney czy klarnet. Wszystko to, w dopełnieniu z wokalem Yasmin, tworzy niepowtarzalny muzyczny krajobraz, mieniący się tysiącami barw, przywołujących na myśl rozpalone powietrze Iberii czy Bliskiego Wschodu – wizualnego świata odbitego w jej muzyce.

Yasmin Levy to znakomita kompozytorka. Obok tradycyjnych pieśni ladino („Si Veriash” czy „Una Ora”), które artystka od wielu lat próbuje ocalić od zapomnienia, na „Mano Suave” pojawiają się też jej własne, delikatnie jazzujące kompozycje. Wśród nich prawdziwym skarbem jest dla mnie utwór „Por La Mia”, przypominający żydowskie lamentacje, w którym głos artystki melancholia przepełnia do tego stopnia, że musi być to bez wątpienia gorzkie wyznanie kobiety opłakującej utraconą miłość. Nie ma na całej płycie bardziej przejmującego tematu.

yasmin2

Wspaniale wypada też wieńczący płytę beduiński standard, w którym gościnnie wystąpiła arabska diva Natacha Atlas. Jej głos – głęboki, niski, niekiedy beznamiętny – stanowi ciekawą antytezę dla sugestywnego wokalu Yasmin. „Odecha” przełamuje też znacząco nastrój całego albumu, ewokując tajemnicze, niepokojące obrazy. Kiedy ja wsłuchuję się w ten utwór, wyobrażam sobie pustynię o zmroku; nieprzyjazne, piaszczyste równiny, które stały się schronieniem dla groźnych stworzeń i poczwar, poruszających się z gracją przy akompaniamencie pohukującego wśród wydm wiatru. Lubię, gdy muzyka rodzi podobne, przejmujące grozą wizje…

Yasmin Levy jest artystką o ogromnym potencjale. Już dzisiaj stawia się ją w jednym szeregu z największymi divami współczesnego world music. Z olbrzymią niecierpliwością czekam na jej nową płytę. Wierzę, że po raz kolejny będzie to dzieło bez precedensu.

Egzotyka Indian obu Ameryk przemieszana z klasycznymi, europejskimi brzmieniami, plemienne pieśni i zaśpiewy, przywołujące obrazy dawnych i odległych krain, kłębiące się ponad gęstą chmurą orkiestralnych smyków, a nade wszystko Lisa Gerrard eksplorująca bezkresne kontynenty dźwięków przy wtórze fletni Pana – tak można by zdefiniować płytę idealną, która – wbrew powszechnej opinii, że ideałów nie ma – powstała przed czterema laty, na szczęście moje i wielu słuchaczy zapewne.

thousandroadsA Thousand Roads”, bo o tym albumie mowa, to zbiór 20 ilustracyjnych kompozycji do krótkometrażowego filmu Chrisa Eyre, snującego opowieść o współczesnym życiu rdzennych mieszkańców Nowego Świata. Czterem historiom o Indianach Mohawk, Inupiat, Navajo oraz peruwiańskim szczepie Quechua towarzyszy zniewalająca muzyka, w której zatraciłem się bez reszty już za pierwszym przesłuchaniem, kilka dni temu.

To nie jest płyta dla wszystkich. I nigdy prawdopodobnie nie miała być. 240lisagerrardKtokolwiek potrzebuje muzyki  mod- nej w tym sezonie, krążka pełnego rozbujanych, wakacyjnych songów o prostej harmonii i bełkotliwym tek- ście, ten bezsprzecznie dozna  zawo- du.  Kompozycje Jeffa Rony i Lisy Gerrard składają się na dzieło eteryczne, zmysłowe, pachnące przestrzenią i swobodą,  hipnoty- zujące obfitością  dźwięków i  muzycz- nych odcieni.  Docenią je przede wszystkim miłośnicy Dead Can Dance, world music i niekonwencjonalnej muzyki filmowej, sięgającej do wypracowanego przez wieki dorobku innych kultur.

Największą zaletą „A Thousand Roads”, które chwilami jawi się jako dziki hołd dla pierwotnych, plemiennych brzmień i tematów, nie są ani uskrzydlające kompozycje emanujące organiczną energią w czystej postaci, ani sprzężenie najprzeróżniejszych, odległych sobie barw, tradycji i estetyk w jedną, zjawiskową całość, ani nawet sekcja instrumentalna, kreująca mistyczny nastrój, ubogacający obraz o nowe sensy i wartości… Najważniejszy jest tutaj głos Lisy Gerrard, chóralny kontralt, powiew Nieznanego, który muzyce zebranej na krążku każe wędrować w inny wymiar, świat cudów i prawiecznej magii, krainę nienamacalnego. Tak brzmi tajemnica; jej uroda jest niewyrażalna. Zabrzmiało emfatycznie, a jednak inaczej się nie da. Słowa jak zwykle okazały się zbyt ciasne; ująć w nie namiętności niesione przez wokal Lisy to rzecz niewykonalna. Zamilknę zatem, bo Niebo jest tuż-tuż…

4 lipca ruszają zdjęcia do nowego teledysku powstańczego, w którym wystąpi Anna Maria Jopek.

Od dwóch lat w ramach wspólnego projektu Discovery Historia i Muzeum Powstania Warszawskiego znane polskie gwiazdy przygotowują  nowe aranżacje piosenek z 1944 roku. W produkcji cyklu teledysków pod hasłem „Warszawa 1944. Bitwa o Polskę” wzięli jak dotąd udział: Stanisław Soyka (wykonał utwór „Deszcz, jesienny deszcz”), Kapela Czerniawska i WWO („Pierwszy sierpnia”), Zbigniew Hołdys (skomponował muzykę do wiersza Krzysztofa Kamila Baczyńskiego „Pocałunek”) oraz grupa Raz, Dwa, Trzy („Pałacyk Michla”). Gotowe klipy prezentowano m.in. na kanałach Discovery Channel, Discovery Historia czy w TVN.

a_3_533W tym roku do udziału w projekcie zaproszona została Anna Maria Jopek. Artystka wykona piosenkę  „Sypka Warszawa” do słów Mirona Białoszewskiego. Kompilacji tekstu na bazie „Pamiętnika z Powstania Warszawskiego” dokonał  Jerzy Bielunas. Za warstwę  kompozycyj- ną odpowiadają Jopek oraz Mateusz Pospieszalski, który z wokalistką współpracował już niejednokrotnie, m.in. podczas nagrań do jej bestsellerowych albumów: „Ale jestem”,  „Jasno- słyszenia” czy „ID”.

Teledysk do piosenki powstanie 4 lipca w Warszawie. Wszystkie zdjęcia wykona dom produkcyjny Timecode. Premierę klipu przewidziano na 1 sierpnia, na godzinę 17.00. Odbędzie się ona równocześnie w kilku stacjach telewizyjnych – w Discovery Channel, Discovery Historia, Discovery World, TVN, TVN 24 i TVN Warszawa – a także w serwisie Muzyka.onet.pl

Osobiste zaangażowanie artystki w projekt wynika z jej głębokiego poszanowania dla narodowych tradycji patriotycznych. – W naszym domu przywiązywało się szczególną uwagę do właściwych postaw wobec kraju. Rocznica Powstania Warszawskiego zawsze była dniem, w którym ożywały opowieści o tych wyjątkowych wydarzeniach – mówi wokalistka.

Sypka Warszawa” to jeden z niewielu premierowych utworów, w których w tym roku usłyszymy Annę Marię Jopek. Artystka zrobiła sobie przerwę od nagrań, poświęcając się całkowicie występom w kraju i za granicą. Przed miesiącem piosenkarka powróciła z tryumfalnej trasy koncertowej po Azji, gdzie występowała przez kilka tygodni z rzędu, m.in. w jednym z najbardziej prestiżowych klubów jazzowych świata – Blue Note Tokyo.

Już za kilka dni w stolicy Dolnego Śląska rozpocznie się Brave Festival. Tematem przewodnim tegorocznej, piątej edycji będą wszystkie modlitwy świata.

Wrocławianie i lokalni dziennikarze narzekający na wakacyjną posuchę koncertowo-festiwalową zapomnieli najwyraźniej, że chociaż we Wrocławiu nie wystąpi tego lata żadna megagwiazda, to powodów do dumy nie brakuje nam z całą pewnością. Startujący 3 lipca Brave Festival jest jednym z nich.

Festiwal organizowany przez wrocławski Teatr Pieśń Kozła oraz fundację ROKPA (tybetańskie słowo oznaczające „pomoc”) to wydarzenie bez precedensu, podczas którego na scenie zaprezentują się przedstawiciele ginących kultur z całego świata. W tym roku Wrocław odwiedzą goście z 14 krajów. Będą to nie tyle profesjonalni wykonawcy, co autentyczni, szczerzy wyznawcy rozlicznych kultów, celebrujący własne wierzenia i obrzędy, nierzadko w trudnych warunkach społecznych. To ludzie, którzy od wieków żyją gdzieś na obrzeżach świata, w archaicznej, niezmienionej formie, kultywując nieobecne w naszej świadomości, unikalne rytuały.

Brave+Festival+plakat2009001

Organizatorom Brave Festival zależy na eksponowaniu duchowości człowieka. Ich celem jest tworzenie dialogu między publicznością a ludźmi zamieszkującymi suche i nieprzyjazne ziemie Czarnego Lądu czy mroźny, surowy Kaukaz, przy czym najbardziej liczy się tutaj spotkanie z namacalną, zaskakującą, żywą tradycją – nie zaś artefakty przybyłych ani nawet sam spektakl.

Twórcy festiwalu od lat docierają do odległych, zapomnianych krain, wibrujących magią i nieprzejednaną tajemnicą. W tym roku postąpili o krok dalej, odwiedzając miejsca będące areną napięć i konfliktów, a nawet bezlitosnych międzykulturowych wojen. Spotkanych na swojej drodze ludzi zaprosili do Wrocławia.

Występy, które obejrzymy w ramach piątego Brave Festival, to prawdziwy amalgamat obrzędów i rytuałów stanowiący, w rzeczywistości, jedynie drobną namiastkę przejawów duchowości świata. Podczas licznych koncertów, pokazów i spotkań we Wrocławiu zaprezentują się m.in.: kobiety z północno-wschodniej Gruzji, dla których schronieniem stały się nieprzystępne góry Kaukazu i wąwóz Pankisi, odprawiające zikr, starodawny islamski obrzęd skupiony wokół upamiętniania Boga i oddawania mu czci poprzez powtarzanie imion Allaha, a także próśb i aforyzmów z tekstów Hadith i Koranu; tybetańscy lamowie z klasztoru Sherab Ling, żyjący na wygnaniu w Indiach, którzy usypią w intencji pokoju piaskową mandalę, buddyjski symbol wykorzystywany najpełniej w tradycji mahāyāny; kobiety pustyni z plemienia Tuaregów grające na świętych jednostrunowych instrumentach imzad; tancerze z Indii, w których wciela się starożytne bóstwo; zaklinacze deszczu z buszów Tanzanii; koreańska szamanka Mudang, która z łodzi, za pomocą mediów, przeprowadzi na Odrze, w wieczornej scenerii Ostrowa Tumskiego, rytuał baeyeonsin-gut, prosząc przywoływane bóstwa o obfite połowy na morzu, co stanowi alegorię szczęścia i dostatku; grupa A Filetta, która w murach kościoła pod wezwaniem św. Marii Magdaleny wykona tradycyjne, korsykańskie polifonie opisujące pasję Chrystusa; a także wielu innych artystów z całego świata, zwracających godność zapomnianym i zmarginalizowanym kultom.

Skupioną na obrzędach i wierzeniach konwencję tegorocznego Brave Festival dopełni ponadto cykl filmów dokumentalnych. Od 7 do 11 lipca w kinie Warszawa obejrzymy blisko 30 dzieł, dla których wspólnym tematem będzie religijność realizowana w sferze świeckiej. Organizatorzy festiwalu jako punkt wyjścia potraktowali fakt, że wiele z naszych codziennych zachowań posiada znamiona rytuału – religię, rozumianą jako zbiorowe doświadczenie, integrujące wspólnotę za sprawą wspólnych wartości i celów, można przyrównać do sztuki, sportu, a nawet ustroju politycznego. I tak na przykład w filmie „Hallowed by Thy Game” kibice zostaną zestawieni z fanatykami religijnymi, a w „Make Goals Not War” główny bohater wykorzysta mistrzostwa świata w piłce nożnej do głoszenia ideałów pokoju, wykrzykując „strzelajcie do bramek, a nie z karabinu”.

Podczas objętego patronatem Dyrekcji Generalnej UNESCO festiwalu po raz pierwszy zaprezentują się także dzieci z regionów szczególnie dotkniętych przez koszmar wojny, głód i nędzę – z Ugandy, Rwandy i Nepalu. Wykluczone ze społeczeństwa i osierocone w swoich ojczyznach, w ramach projektu Brave Kids podzielą się z publicznością własną kulturą i doświadczeniami. Podczas Brave Festival nie zabraknie także tradycyjnych spotkań z artystami, warsztatów oraz wystaw plenerowych.

Pieniądze z biletów zostaną przekazane szwajcarskiej fundacji ROKPA, która od trzydziestu lat opiekuje się w Tybecie ponad dziesięcioma tysiącami bezdomnych dzieci.
——————

Brave Festival – Wrocław, 3-11 lipca. Cena karnetu: 190 zł. Cennik i szczegóły poszczególnych wydarzeń na stronie www.bravefestival.pl

Choć szeroko pojęta alternatywa wychodzi z ukrycia z coraz większą śmiałością, to entuzjastyczne opinie o boomie na tego rodzaju muzykę należy traktować sceptycznie – szczególnie w naszym kraju. Nietrudno policzyć, że w polskich warunkach artysta niszowy odnosi sukces jedynie raz na kilka lat. Jeśli ktoś sobie na to w ostatnim czasie zasłużył, to jest to, bez cienia wątpliwości, Gaba Kulka. Jej najnowsza płyta – „Hat, Rabbit” – każe mi wierzyć, że z polskim offem będzie już odtąd tylko lepiej. Choćby za jej sprawą.

Marię Peszek i Czesława Mozila okrzyknięto niegdyś – całkiem słusznie zresztą (swego czasu strasznie za nimi szalałem) – prawdziwym objawieniem polskiej sceny muzycznej. Krytycy pieli z zachwytu, a ich pompatyczna retoryka postulująca apologię awangardy, muzyki idącej na opak, przełamującej utarte konwencje i schematy nadała tempa kulawej z początku akcji promocyjnej premierowych wydawnictw tej dwójki. Na efekty nie trzeba było czekać długo. „Miasto mania” i „Debiut” pokryły się platyną, słuchacze oszaleli – rewolucja pełną parą, nie ma co. Nie rozumiem, dlaczego podobny los nie spotkał Gaby Kulki, której słodziłem niedawno w recenzji „Iluzjonu” Reni Jusis. To dopiero nowa jakość, to dopiero olśnienie, to dopiero talent! Cóż, rynek muzyczny od zawsze rządził się własnymi, niepojętymi prawami.

Hat-Rabbit_Gaba-Kulka,images_big,3,MYSTCD079

Że Gaba jest fenomenem – temu zaprzeczyć nie zdoła. Że artystką zjawiskową – podobnie, podpisuję się pod tym obiema rękami. Nie upierałbym się natomiast przy stwierdzeniu „oryginalna” – mądrzejsi krytycy, którzy wytykają jej zanadto rzucające się w oczy (a raczej uszy) inspiracje twórczością Tori Amos, Kate Bush czy Laurie Anderson, wiedzą przecież lepiej. Na Kate i Lauren nie znam się zbyt dobrze, Tori natomiast zajmuje jedno z najbardziej honorowych miejsc w moim prywatnym panteonie, a jednak rażących podobieństw dopatrzyć się nie potrafię. Jedynego punktu wspólnego upatruję, jeśli już, w zamiłowaniu – tak Amos, jak i Kulki – do eksperymentów melodycznych i konceptualnych kompozycji. Poza tym przecież – być porównywanym do Tori to zaszczyt tak wielki, że nie znajduję nawet porównania na jego zwizualizowanie (niemoc twórcza, proszę o wybaczenie). Koniec zresztą o pani Amos – to temat na osobną monografię, nie sposób zawrzeć w kilku słowach tego, co znaczy dla mnie Jej muzyka. Tylko muzyczny dyletant nie pojmie, o czym mówię (nikomu nie ubliżając). Tym, kto naprawdę potrzebuje przedstawienia, jest Gaba Kulka, wokalistka, kompozytorka i tekściarka, której twórczość zaliczyć można do szeroko pojętej muzyki progresywnej. Jej piosenki łączą w sobie pop, jazz i rock, a wszystko to ocieka często teatralno-kabaretowym sosem. Pierwszy album „Between Miss Scylla and a Hard Place” nagrała… w swoim mieszkaniu w Warszawie, metodą DIY (do it yourself), rejestrując wszystkie partie wokalne i instrumentalne. W ten sam sposób powstała druga płyta, „Out” (2006 rok), której wytłoczenie i wydanie pochłonęło wszystkie oszczędności artystki. Pozytywne recenzje posypały się obficie, niczym prezenty z worka Świętego Mikołaja, Gabę chwalono w nich za innowacyjność, muzyczną wyobraźnię, świeżość, niespotykane na polskiej scenie brzmienie; w kilku słowach: idealny kandydat na hicior… i co? Zakończenie tego rozdziału nie jest już tak szczęśliwe – Polacy gromadnie popędzili do sklepów po… Rubika. Kto by pomyślał, że zaprzyjaźniony z prostownicą kompozytor i jego wysublimowane-inaczej krążki znajdą się na szczycie (lista najlepiej sprzedających się płyt 2006 roku wygląda tak: 1. „Psałterz wrześniowy”, 2. „Oratorium Tu Es Petrus”. 3.-4. Składanki z serii „The Best… Ever”, 5. „Rubikon” (sic!)). Mam zły humor, nie podejmę się  zatem komentarza w tej sprawie…gaba-kulka

Wracając do Gaby – przez cały czas piosenkarka włą- czała się do różnych projek- tów muzycznych.  Skompo- nowała i wykonała muzykę do spektaklu „Rafalala show – Zabawy Nocą” dla Teatru Polonia, następnie pochło- nął ją romans z… heavy metalem (Gaba ze swoją kapelą, tytułującą się mianem Baaba Kulka, grała covery Iron Maiden), a podczas Festiwalu Niewinni Czarodzieje 2008 wystąpiła z zespołem Mitch&Mitch w roli Olimpii Słodycz. Przy okazji koncertowała u boku orkiestry symfonicznej, promując krążek „Out”, zremasterowany i oficjalnie wydany w 2007 roku. W ten sposób przechodzimy do historii najnowszej – do roku 2009, kiedy artystka wypuściła na rynek swoje premierowe dzieło, płytę „Hat, Rabbit” – rzecz odważną i szaloną, na której dzieje się więcej niż na wszystkich albumach pana Piotra, luminarza sacro-polo, razem wziętych.

Przy „Miasto manii”, a jeszcze bardziej na „Marii Awarii” Marii Peszek doskwierały mi teksty, w których rymy częstochowskie królowały niepodzielnie; z kolei Czesław Mozil i jego „Debiut” miały w sobie coś niepokojącego – długo nie potrafiłem rozstrzygnąć, czy jego muzyka to kabaret, pastisz, a może po prostu wynikowa oryginalnego, acz niewątpliwie dziwacznego stylu i „pokręconej” osobowości. Gaba Kulka nie budzi we mnie wątpliwości żadnej natury. Na „Hat, Rabbit” zachwyca przede wszystkim jej głos – niebanalny, obdarzony wyjątkowym feelingiem i wielką skalą. Artystka z łatwością wspina się na najwyższe rejestry, a równie sprawnie radzi sobie z niskimi tonami. Wydaje się, że dla jej wokalu nie ma rzeczy niemożliwych.

gabriela_kulka

Premierowy krążek Kulki to mieszanka iście wybuchowa. Przeprawa przez wszystkie 13 piosenek, od których bije prawdziwa energia, przypomina jazdę bez trzymanki na rozpędzonym rollercoasterze. Nastrój zmienia się tutaj nagle, niczym w zadyszanym stretto, „chwackie”, singlowe „Niejasności” przechodzą w wyciszone „Aaa”, te z kolei – w jazzujące, żywcem wyjęte z piano-baru „Love me”. Po drodze przewija się też bossa nova („Bosso”), a nawet trącąca dokonaniami Freddiego Mercury’ego „Propaganda”. Być może w różnorodności właśnie tkwi siła tej płyty.

Wśród zebranych na „Hat, Rabbit” piosenek moimi szczególnymi względami cieszą się dwie: „Aaa” i „Lady Celeste”. W pierwszej jedyny akompaniament dla głosów Kulki i gościnnie występującego w utworze Czesława Mozila (który w zestawieniu z pierwszoplanową bohaterką albumu nie wydaje się już tak fantastyczny) stanowi fortepian. Prawdopodobnie z powodu tak skromnego instrumentarium dopiero tutaj słychać, jak znakomitą pianistką jest Gaba. W „Lady Celeste”, niespokojnej balladzie, która najlepiej wypada w intymnych, klubowych wnętrzach, zaaranżowana na modłę rockową, za partie skrzypiec odpowiada ojciec wokalistki, znany instrumentalista Konstanty Andrzej Kulka. To pewne, talent jest w tej rodzinie dziedziczny. A jeśli tak, liczę, że Kulka dorobi się prędko gromadki dzieci – kiedy dorosną, polski przemysł fonograficzny będzie miał się już zupełnie dobrze.

Więcej słów nie potrzeba. Powiem krótko: pani Gabrielo, chapeau bas!

Starsze pozycje »

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.