Jeśli przyjrzeć się polskiej beletrystyce podróżniczej z ostatnich lat, a nawet dziesięcioleci, nietrudno zauważyć, że największym zainteresowaniem naszych rodzimych prozaików cieszy się Afryka. Pisał już o niej u progu XX wieku Henryk Sienkiewicz, który, szukając ucieczki od obrzydłej codzienności, wyruszył tam na wyprawę myśliwską, zrelacjonowaną w cyklu korespondencji. Przeszło 30 lat później na pieszą i rowerową przeprawę przez Czarny Ląd porwał się Kazimierz Nowak. Jego zapiski z podróży nazywane są dzisiaj klasyką reportażu. Co więcej – Afryka zajmuje szczególne miejsce w pisarstwie Ryszarda Kapuścińskiego, który trawiącym ją problemom poświęcił w swoich książkach setki stron. Dla wielu galeria najciekawszych postaci polskiej literatury piszących o Afryce zamyka się w tych trzech nazwiskach. Jak się okazuje, na honorowe miejsce w tym gronie zasługuje ktoś jeszcze: Marcin Kydryński. Ten ceniony dziennikarz radiowy dał dowód swojego pisarskiego talentu w postaci pięknej relacji z podróży zatytułowanej „Chwila przed zmierzchem”. Książka, wydana przed piętnastoma laty, jest dziś prawdziwym wydawniczym rarytasem.

Historia Kydryńskiego miała swój początek w dziecięcym marzeniu o wycieczce na Przylądek Dobrej Nadziei. Kiedy rodzice powiesili nad jego łóżkiem mapę świata, mały Marcin, czytający już bez kłopotu, uznał, że nie istnieje na ziemi miejsce, które potrafi przyciągnąć równie silnie samą magią i urodą swej nazwy. Opowieści ojca o bujnej zieleni i egzotycznych zwierzętach, zachłannie pochłaniane książki o wędrówkach po afrykańskim kontynencie czy w końcu fotograficzne relacje z dalekich wojaży sprawiły, że z czasem to zrodzone w głowie trzylatka pragnienie tylko nabrało na sile. W 1993 roku Kydryński postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i zrealizować wieloletnie marzenie. W grudniu, w towarzystwie czwórki przyjaciół, wylądował na lotnisku w Kairze. Tak rozpoczęła się jego półroczna podróż przez pustynne równiny, dzikie, wyschnięte stepy, gęste, niebezpieczne dżungle i tropikalne lasy deszczowe…
Gatunkowe zaklasyfikowanie książki Kydryńskiego nastręcza pewnych trudności. „Chwila przed zmierzchem” to zbiór kilkunastu obrazków, często luźno ze sobą powiązanych. Niekiedy przybierają one formę dziennika; innym razem jawią się jako reportaż, esej, szkic historyczno-polityczny, a nawet przewodnik turystyczny. Znajdziemy tu zatem zarówno barwne, plastyczne opisy, przybliżające czytelnikowi urodę afrykańskiej ziemi, jak i globtroterskie porady i wskazówki; historiozoficzne ustępy niezbędne do zrozumienia kontekstu; czy – w końcu – filozoficzne refleksje i obszerne diagnozy na przyszłość, która w Afryce zdaje się ideą po tysiąckroć bardziej abstrakcyjną niż na naszej szerokości geograficznej.

„Chwila przed zmierzchem” układa się w pasjonującą opowieść o dorastaniu, doskonale realizując literacki topos drogi, jak również romantyczną koncepcję istoty „stającej się”. Podczas wielomiesięcznej podróży Kydryńskiemu objawia się nowa perspektywa, pomagająca zrozumieć, co jest ważne, a co mniej. Spotkani w różnych zakątkach kontynentu ludzie stają się dla niego nauczycielami życia, otwierającymi oczy na nowe prawdy i przestrzenie postrzegania. I tak: Vera, studentka historii sztuki z Kolonii, uświadamia mu, że człowiek jest panem swojego losu, a umiłowanie zbytku nie przybliży nikogo do zrozumienia istoty rzeczy; Romek, wieczny wędrownik, uczy go, że nie należy przywiązywać się do przedmiotów, bo wszystko, co ważne, trzeba nosić w sobie; a Andrew Wilson, Kanadyjczyk rozmiłowany w ryzykownych podróżach – że pragnienie utrwalenia chwili to kotwica, która więzi szczęście. Prawdziwą skarbnicą życiowej mądrości jest też dla dziennikarza „Pożegnanie z Afryką”, autobiograficzna powieść Karen Blixen, która uświadcza go w przekonaniu, że wtedy tylko możemy w pełni cieszyć się chwilą, kiedy przestaniemy być więźniami własnej radości życia.
Książka Kydryńskiego nie odznacza się stylistyczną jednorodnością. Czynnikiem warunkującym język poszczególnych fragmentów zdaje się tutaj nastrój autora; jego stan ducha towarzyszący przywoływaniu różnorakich, bywa, że koszmarnych wspomnień. Kydryński wspominający soczystą zieleń lasów tropikalnych, rozczulony widokiem fotografii zachodzącego nad oceanem słońca przypomina poetę, odmalowującego piękno krajobrazu z nieuniknioną emfazą. Powrót pamięcią do poruszających obrazów chorych dzieci, ich umierających rodziców, brudnych szpitali zbliżonych standardem do XVI-wiecznych europejskich placówek leczniczych czy wszechobecnej nędzy zmienia go – z kolei – w naturalistę, niestroniącego od turpistycznych opisów, portretującego rzeczywistość z niezmienną dbałością o jak najwierniejsze oddanie detalu, jakkolwiek byłby on drastyczny i odrażający. Naruszenia ciągłości rejestru stylistycznego nie uznałbym, mimo wszystko, za zarzut. Ta językowa „nierówność” czyni „Chwilę przed zmierzchem” nie tylko różnorodną, ale przede wszystkim autentyczną emocjonalnie.

Kydryński, jako narrator, a zarazem główny bohater książki, wydaje się bardzo ludzki. Dziennikarz nie kreuje się na Indianę Jonesa, hardego podróżnika i odkrywcę, któremu żadne niebezpieczeństwo niestraszne. Przeciwnie – o swoich lękach i zwątpieniach opowiada otwarcie i często, dając wyraz swojej olbrzymiej wrażliwości. Ta uczciwość wobec czytelnika, nieprzymuszone przyznanie się do własnych słabości wiele mówią o jego poszanowaniu dla prawdy i reporterskich kanonów rzetelności. Kydryńskiego nie interesują plotki, wyssane z palca rewelacje. Faktograficzna precyzja i bezkompromisowe dążenie do pełnego ujawnienia prawdy historycznej każe mu wręcz podać w wątpliwość słowa własnego mentora Ryszarda Kapuścińskiego, którego Etiopczycy uznają za kłamcę i wroga. „Powiadali [etiopscy rastamanie] (…), że w żaden sposób nie mógł Kapuściński spotkać się z osobami, które wymienia w swej książce jako informatorów, wszyscy bowiem byli już albo martwi, albo uwięzieni” – pisze dziennikarz. Jego dzieło wchodzi tym samym w dyskurs z „Cesarzem”, dając niezbity dowód na to, że literatura faktu nie zawsze jest wolna od konfabulacji.
Pomimo różnic Kydryński i Kapuściński mają podobne spojrzenie na historię Afryki: przybiera ona dla nich kształt krwawego kręgu. „Czasem sądzę, że nie będzie tam jutra” – możemy przeczytać we wstępie do „Chwili przed zmierzchem”. To zdanie jest dla mnie najkrótszym streszczeniem ponurej prognozy na przyszłość, którą autor stawia na kartach tej książki wielokrotnie. Geograficznie Czarny Ląd zdaje mu się rajem na ziemi, cudem natury, arcydziełem tak dalece doskonałym, że próba ujęcia w słowa jego magii wydaje się niczym więcej, jak tylko próżnym wysiłkiem. Niemniej – Afryka to nie tylko piękno krajobrazu; to przede wszystkim wojna, głód, epidemie i bezbrzeżna nędza. Niewielu dożyje tam sędziwego wieku. Jeśli nie wykończy ich AIDS, umrą z niedożywienia. Jeśli szczęśliwie nie zabraknie im strawy, zginą w krwawych plemiennych walkach. Kydryński nie widzi nadziei na lepsze jutro, jego słowa brzmią jak przepowiednia tragicznego końca Afryki. Jak w Szekspirowskim „Tytusie Andronikusie” – „nikt nie wyjdzie żywy” – mówi.

Nie ma w jego pesymizmie nic z przesady, nieuzasadnionego czarnowidztwa. Gdyby „Chwilę przed zmierzchem” ukrócić o wszelkie autorskie komentarze, pozostawiając wyłącznie zaprezentowaną przez Kydryńskiego warstwę faktograficzną, czytelnik sam dojdzie do podobnych, defetystycznych wniosków. Afryka dąży ku samozagładzie. Największą autodestrukcyjną siłę stanowią jej mieszkańcy, niezdolni do sprawowania mądrych rządów, ślepo wierzący w absurdalne zabobony, które każą im porywać i mordować białe niemowlęta czy też polować na najrzadsze gatunki zwierząt, aby zapewnić sobie przychylność bogów. Aby dociec tej gorzkiej prawdy, Czarny Ląd trzeba oglądać z bliska – nie z okien opancerzonego turystycznego autobusu, a tym bardziej w telewizji. We współczesnym, liberalnym świecie, gdzie przeciwników równouprawnienia, jako mało postępowych, przestaje się traktować poważnie, wiedza o Afryce jest znikoma. Telewizja i prasa wychowują odbiorców w ignorancji, wykazując tendencję do upraszczania spraw, wyciągania pochopnych wniosków czy formułowania prawd opartych na niepełnych informacjach. Potępiamy kolonializm oraz wszelkie próby wprowadzenia białej dominacji, bo tego uczą nas media, które, co udowadnia Kydryński, nie zawsze powinny być dla nas nieomylną wyrocznią. W Afryce – na kontynencie, który wygrał prawo do samostanowienia – każdego dnia rozgrywają się sceny dantejskie. W ciągu 17 lat rządów Mengistu Hajle Mariama w Etiopii umarło z głodu ponad milion osób. W 1994 r. w czasie trwającej w Ruandzie wojny tylko w trzy pierwsze miesiące walk zginęło 500 000 cywilów. Kto opowiada się za ideą Afryki wyłącznie dla Afrykanów, ten – jak pisze Kydryński – „nie widzi zazwyczaj płonących opon na zwłokach Zulusów, po kolejnym starciu z wojownikami Khosa. (…) Nie ogląda zmasakrowanych szczątków białych dzieci, których oczy, wątroby i serca służą czarnym szamanom do przyrządzania magicznych wywarów. (…) Każdy, kto chce mówić głośno o (…) Afryce, musi przylecieć do Kinszasy, miasta bez prawa, bez rządu, bez zasad, bez szans. (…) Niech zobaczy Addis Abebę, wielki, gnijący slums, w którym ostatnia konstruktywna praca dokonała się za czasów Hajle Sellasje. Niech odwiedzi Ruandę i Burundi, torując sobie drogę przez zwały niepogrzebanych, okrutnie zmasakrowanych ciał. (…) Niech trafi do afrykańskiego szpitala”.
Nie tylko podróż do Afryki, lecz również książka Kydryńskiego objawia nową perspektywę. W „Chwili przed zmierzchem” znalazło się miejsce na zachwyt nad pięknem egzotycznej przyrody, a równocześnie – na ponure refleksje, zwiastujące tragiczny koniec Czarnego Lądu. Być może w tym właśnie tkwi największa wartość tego dzieła – Kydryński odmalowuje Afrykę w całej jej różnorodności, z fotograficzną niemal dokładnością, dowodząc, że to kontynent pełen sprzeczności, na którym, jak w malarskiej technice sfumato, jasne i ciemne płaszczyzny pozostają ze sobą w bezpośredniej bliskości; przechodzą z jednych w drugie…